piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 17

Zadzwonił mój budzik. Nie chciało mi się wstawać, ale miałam mieć dzisiaj rozmowę o pracę. Muszę? Wstałam i podeszłam do szafy. Wisiał tam już mój dzisiejszy strój - biała koszula i czarne spodnie. Ubrałam się szybko. I zeszłam na dół. Był tam tylko Malik w swoich czarnych szortach. Skoczyłam mu na plecy i mocno się przytuliłam. Jego twarz natychmiast rozpromieniła się. Posadził mnie na blacie i pocałował.
- Zdenerwowana? - spytał szykując kanapki.
- Trochę. Jeśli się nie uda to trudno. - westchnęłam i spojrzałam w ziemie.
- Ciebie na pewno będą chcieli. - powiedział opierając ręce po obu stronach mojego ciała.
Spojrzałam mu w oczy i uśmiechnęłam się.
- Pewny jesteś? - odparłam.
Byłam zdecydowanie w nim zakochana. I wiedziałam że to tej jedyny. Nie było innej opcji.
- Na 100%. - odparł i pocałował mnie.
Zjedliśmy razem śniadanie. Potem Zayn poszedł szybko się ubrać - koniecznie chciał mnie zawieść na rozmowę. Droga autem minęła szybko. Szatyn obiecał, że na mnie poczeka. Kopnął mnie na szczęście. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do budynku. Centrum sportowe. To tu miałam uczyć. Przeszłam długim niebieskim korytarzem do końca i weszłam do gabinetu z plakietkom "DYREKTOR".
- Dzień Dobry. - przywitałam się.
Dyrektorem był niski mężczyzna z małą łysiną. Na nosie miał ogromne okulary. Był naprawdę miły. Pytał o moje doświadczenie, co chciałabym osiągnąć za parę lat i inne rzeczy. Nie spodziewałam się tego co powiedział na końcu.
- Została pani przyjęta. Gratuluję. - uścisnął moją rękę. Byłam w szoku. Zdecydował tak szybko? Przyjął mnie? - Myślę, że na początek będzie pani uczestniczyła w treningach chłopców piłki nożnej. Będzie panią szkolił ich nauczyciel Paul.
W tej chwili do pokoju wszedł chyba on.

Serio? Musi mnie uczyć akurat on? Zayn na pewno będzie wściekły. Kiedyś coś mi mówił, że się pokłócił z przyjacielem i z tego co pamiętam to wyglądał on identycznie jak Paul. Niedobrze.
- Cześć. - przywitałam się - Liz.
- Paul. - odparł i uścisnął moją rękę.
- Kiedy pierwsze zajęcie? - spytałam.
- Jutro od 16 do 18. - odparł Paul - Nie spóźnij się.
Nie mam zamiaru zarozumiały idioto. Nie polubię go. Nie mam mowy.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam stamtąd jak najszybciej. Zayn właśnie zgasił papierosa.
- I co? - spytał.
Denerwował się bardziej niż ja. Uśmiechnęłam się.
- Dobra czy zła wiadomość najpierw? - spytałam przytulając się do niego.
- Dobra.
- Przyjęli mnie.
- Wspaniale!
Pocałował mnie i mocno przytulił. Cieszyłam się z tego.
- A zła? - spytał patrząc mi w oczy.
- Em... Ma mnie uczyć Paul.
Zmarszczyłam brwi oczekując najgorszego. Jednak to nie nastało.
- Jaki Paul? - nie skojarzył.
Naprawdę muszę mu to powiedzieć? Będzie wściekły.
- No twój przyjaciel... były...
Widziałam jak jego twarz się zmieniła. Chyba jednak wybuchnie.
- Nie będziesz tu pracować. - warknął.
- Zayn, proszę daj spokój. To tylko praca.
- Nie Liz. Ten facet będzie robił wszystko żeby tylko mi dokopać! I posłuży się tobą. Na pewno się nie zawaha! - krzyczał mi w twarz.
- Nie rzucę tej pracy tylko dlatego, że pokłóciłeś się z jakimś gościem! - odparłam już wściekła tym samym tonem co on.
- Do cholery chcę cię ochronić, nie rozumiesz?! - złapał mocno mój nadgarstek.
Nie mogłam go w tej chwili poznać. Był zupełnie inny niż mój Zayn. Oślepiły nas blaski fleszy. Paparazzi jeszcze nie wiedzieli, że jesteśmy razem. A może byliśmy?
- Jakoś nie. - odparłam i wyrwałam się z jego uścisku.
Zaczęłam biec tak po prostu. Byle dalej od problemu, który mnie przytłacza,

*Zayn*
Co ty do cholery robisz Malik?! Usiadłem do auta i odjechałem z tamtego miejsca. Byłem zdenerwowany. Liz nie znała tego człowieka. Był w stanie zrobić wszystko żeby dopiąć swego i nigdy nie zapominał. Żałowałem, że się z nią pokłóciłem. Tak bardzo chciałem ją teraz przytulić. Pojechałem nad morze. Plaża wiała pustkami. Wysiadłem z auta i wziąłem głęboki wdech. Musiałem się uspokoić. Usłyszałem cichy szloch. Obróciłam się wokół własnej osi, ale niczego nie zauważyłem. Podążyłem za dźwiękiem. Doszedłem do skraju lasu. Przedarłem się przez krzaki. Po drzewem siedziała ONA. Była skulona. Musiała się mnie wystraszyć. Ja nie chciałem źle. Liz nawet nie dostrzegła, że przyszedłem. Kucnąłem obok niej. Dopiero wtedy podniosła wzrok. Przestraszyła się.
- Spokojnie. - szepnąłem i wziąłem ją w swoje ramiona.
Była teraz bezpieczna. Przy mnie. Wtuliła się we mnie chowając się przed całym światem.
- Przepraszam. - szepnąłem jej do ucha - Nie chciałem się tak zachować. Boję się o ciebie. Znam tego człowieka. Jest bezwzględny. Nie chcę, żeby coś ci zrobił. Kocham cię.
Spojrzała na mnie swoimi zielonymi, załzawionymi oczami. Poczułem ukłucie w sercu. To przeze mnie płakała.
- Ja ciebie też. - szepnęła cicho - Proszę nie kłóćmy się.
- Już nigdy więcej.
Pocałowałem ją. Wtuliła się we mnie i zamknęła oczy. Było już południe. Zaczął wiać mocny wiatr. Okryłem ją swoją kurtką. Oboje nie mieliśmy zamiaru się stamtąd ruszać. Przynajmniej na razie.
- Chodźmy do auta. - poprosiła - Tu jest strasznie zimno.
Zgadzałem się z nią całkowicie.
- Złap mnie za szyję. - powiedziałem.
- Mogę iśc sama. - zaprotestowała.
Trzymała mnie nieco na dystans. To nic. Muszę to naprawic. Nie będziemy się kłócic o Paula o tym po prostu trzeba porozmawiac. Inaczej się nie da. Mocno ją złapałem i uniosłem. Brunetka natychmiast się we mnie wtuliła. Ogarnął nas mocny chłód. Wiało od morza. Wiatr był "mokry". Zaniosłem ją na tylne siedzenie w aucie. Usiadłem obok. Mocno ją przytuliłem. Po chwili leżeliśmy wtuleni w siebie. Potrzebowałem jej. Nie wyobrażałem sobie mojego życia bez niej. Była moim powietrzem, narkotykiem. Jeśli zniknie zwariuję i zapewne wyląduję w psychiatryku. Do szczęścia tylko ona była mi potrzebna. Wpadłem na pewien pomysł.
- Chodź. - poprosiłem, wyciągając rękę, siedząc na fotelu obok niej.
- Na to zimno? - spytała i z niezadowoleniem zmarszczyła brwi.
- Tylko na chwilę. - poprosiłem.
Złapała moją dłoń, a mnie ogarnęło ciepło. Nadal mi ufała. Jedna kłótnia tego nie zmieniła. Wyciągnąłem ją z auta i podszedłem wraz z Liz do ściany lasu. Stanęliśmy przy największym z drzew. Wyciągnąłem scyzoryk i wyskrobałem;
Zayn and Elizabeth
Forever together
Dziewczyna z ogromnym uśmiechem złapała moją rękę i wyciągnęła z niej mały nożyk. Wokół napisów wydrapała serce. Odwzajemniłem jej uśmiech.
- Tak jest idealnie. - przytuliła się do mnie.
- Zawsze tak będzie. To nasze miejsce Liz. Zawsze. - szepnąłem.
Po chwili poczułem, że mimo moich ramion brunetka trzęsie się. Była taka krucha, a jednocześnie taka silna. Była inna niż te wszystkie dziewczyny, które znam.
- Pojedźmy do domu. - zaproponowałem na co przystała.

*Harry*
Siedziałem u Rose. Nie miałem zamiaru się stąd ruszać. Była zbyt bezbronna. Chciałem być przy niej. Nadal miała nienaturalnie bladą cerę. Martwiłem się. Mimo ciągłych zapewnień szatynki, byłem przy niej 24 na dobę. Słodko spała. Niewyobrażałem sobie, jak by to było jeśli nie pojawiłaby się w moim życiu. Schudła przez czas spędzony w szpitalu. Jej policzki się nieco zapadły, a ręce miała jak patyki. To nie wróżyło dobrze. Lekarz nic mi nie mówił ale wiedziałem że nie jest najlepiej. Rose też nic nie chciała mi nic powiedzieć. A jeśli  to coś poważnego? Muszę się dowiedzieć. Powieki szatynki lekko uniósły się. Rozpromieniła się ba mój widok.
- Hej kochanie. - usiadłem obok niej i przytuliłem ją.
- Harry. - mruknęła cicho i wtuliła się we mnie.
Poczułem ciepło. Jej wargi rozchyliły się. Oddychała ustami.
- Rose powiedz mi co się dzieje. Nie jestem dzieckiem. Widzę, że coś jest nie tak.
Spochmurniała. Nie patrzyła na mnie. W jej oczach widziałem że mie chce mi mówić. Tylko dlaczrgo? Powinienem wiedzieć jeśli to coś ważnego. Spojrzała w moje oczy.
- Niky oprócz ciebie ma się nie dowiedzieć. - ostrzegła - Harry ja...

*Jessica*
Zapukałam cicho do drzwi. Usłyszałam ciche proszę. Weszłam do pokoju. Zamyślony blondyn siedział z gitarą na kolanach.
- Przeszkadzam? - spytałam cicho.
Natychmiast na mnie spojrzał a nasze oczy spotkały się.
- Nie. - odparł z uśmiechem.
Spojrzałam na jego gitarę. Zawsze chciałam nauczyć się grać. To było moje marzenie, niestety nie do spełnienia. Nigdy rodzice nie chcieli we mnie inwestować zbyt dużo pieniędzy.
- Chcesz spróbować? - spytał i wyciągnął zachęcająco rękę.
- Nie umiem. - zaprotestowałam.
- Nauczę cię.
Nie mogłam oprzeć się jego oczom. Powoli do niego podeszłam. Usiadłam obok. Chłopak miał jednak inny plan. Usiadł za mną i położył gitarę na moich kolanach. Jego ramiona pokryły się z moimi rękami. Palce lewej ręki ułożył w dziwny sposób na strunach. Prawą delikatnie przyciągnął po strunach ku dółowi. Po pierwszym dźwięku poznałam piosenkę.
- Na koncerci w Berlinie płakałeś. - przypomniało mi się.
- Byłaś? - uśmiechnął się.
- Nie. Widziałam w internecie.
Blondyn ponownie przemiścił moje palcr a prawą ręką przeciągnął do dołu. Te dźwięki były... magiczne?Może to głupie, ale lubię, uwielbiam dźwięk gitary. Szczególnie przy nim. Blondyn spojrzał w moje oczy z ogromnym uśmiechem. Jego twarz była tak blisko. Na wyciągnięcie ręki, a może bliżej.
-Chodźcie na dół!. - zawołał Zayn.
Westchnęłam. Nie chciałam. Oni mnie nie lubią, a wszystko przez Liz, Ja... zmieniłam się przy blondynie.Byłam nieco inna, ale dla Liz zawszę będę taka sama. To nie zmieni się nigdy. Zeszliśmy na dół. Na kanpie siedziała Liz i Zayn. Szatyn leżał, a dziewczyna mocno się do niego przytulała. Muszę przyznać, że wyglądali słodko. Zawsze ona i jakiś chłopak wyglądali słodko. Na drugiej sofie siedziała Jasmine na kolanach Lou. Niall usiadł obok nich i zachęcił mnie do tego samego ruchem ręki. Niepewnie usiadłam obok niego.W telewizji leciał jakiś nudny serial.
- Chcesz piwo? - spytała Liz.
Spojrzałam na nią. Może chciała być miła?
- Chętnie. - odparłam.
Wzięłam od niej butelkę. Otworzyłam i napiłam się. Miło nam się rozmawiało nie spodziewałam się tego. Nasz śmiech przerwał dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Po chwili spotkaliśmy wzrok Harrego. Miał czerwone i spuchnięte oczy. Szybko uciekł i zamknął się w swoim pokoju. O nie... Na prwno coś nie tak z Rose...













___________________________________________
Wiem trochę nudno. Jeszcze raz przepraszam i zapraszam do ankiety, która za chwilę się pojawi ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz