piątek, 24 października 2014

Rozdział 5

- Nie możesz. - powiedziała mama.
- Jestem już dorosła mamo. - odparłam spokojnie - Chcę tam wrócić. Ty też będziesz miała tam lepsze warunki leczenia.
Zaskoczona rodzicielka spojrzała na równie zaskoczonego Roberta. Nie spodziewali się tego co powiedziałam. Tomek spokojnie podszedł do mnie i powiedział:
- Nie pozwolę ci wyjechać. Nie w takim stanie. A jak gdzieś stracisz przytomność? Coś może ci się stać. - spojrzał w moje oczy.
- Wszystko co mi się dzieje, dzieje się przez ciebie. - odparłam - Wybacz mamo, ale ja muszę jechać. Jutro.
Byłam tu dopiero dwa dni. Ale musiałam wyjechać. Musiałam wrócić do osób, bez których nie mogę żyć. A szczególnie bez NIEGO.
- Dobrze córeczko, ale przyjeżdżaj do nas co jakiś czas. - powiedziała  z uśmiechem mama.
Odwzajemniłam to. Przytuliła mnie. Spakowałam się. Samolot miałam o 7:00 więc musiałam wstać o piątej. Posiedziałam jeszcze z mamą i jej narzeczonym tolerując jakoś jego syna. Nie było to dla mnie łatwe. On ciągle mi się przyglądał. Ciągle łapałam go na tym jak przybliżał się do mnie. Denerwował mnie. Ale dla mamy chciałam wysiedzieć ten jeden wieczór. Wzięłam szybki prysznic i poszłam spać.
Rano obudził mnie mój budzik. Wstałam z uśmiechem. Szybko ubrałam się w brązowe spodnie i kremowy sweterek i zjadłam śniadanie. Pożegnałam się z mamą i Robertem i ruszyłam na odprawę. W samolocie ciągle myślałam o tym jaką zrobię im niespodziankę. Po dwóch godzinach wylądowałam. Odetchnęłam powietrzem. Ruszyłam do domu. Weszłam po cichu. Usłyszałam muzykę z salonu. Chłopaki ćwiczyli. Uwielbiałam tę piosenkę. Chłopcy już kończyli. Stanęłam w progu nie widzieli mnie:

Zayn:
Wiem, że tego chcesz
Wiem, że ty też to czujesz
Przestańmy udawać
Że ty nie wiesz czego ja nie wiem
Po co tu jesteśmy (po co tu jesteśmy)

Wszyscy:
Jeśli ten pokój by płonął
Nawet bym nie zauważył
Po pochłonęłaś całe moje myśli
Ze swoimi małymi, niewinnymi kłamstwami,
małymi, niewinnymi kłamstwami

Mówisz, że jesteś grzeczną dziewczynką
Ale wiem, że chciałaś "tego"
Bo mówiłaś mi to całą noc 
Ze swoimi małymi, niewinnymi kłamstwami,
małymi, niewinnymi kłamstwami.

Mimo, że oni wszyscy angażowali się w to co robili najbardziej wczuwał się Malik. Chciał... To było widać. Kiedy teraz na niego patrzyłam zdałam sobie sprawę jak jest cholernie przystojny. Jego czarne włosy idealnie współgrały z ciemniejszą karnacją. A poza tym uwielbiam czekoladowe oczy. Jego sylwetka była mocno wysportowana, jednak chłopak nie nosił obcisłych podkoszulków, żeby to pokazać, bo nie musiał. Skończyli. Paul pochwalił ich. Dziewczyny siedziały obok zachwycone.
- Mam zwidy. - powiedział Niall, a ja spostrzegłam, że patrzy w moją stronę. Po chwili byłam w jego ramionach - Oni nie umieją gotować. Jak ja mam przeżyć bez ciebie? - spytał robiąc słodką minkę.
- Już was nie zostawię. - odparłam wesoło i rozczochrałam mu ręką włosy.
Przytulałam ich wszystkich. Został tylko Malik. Jednak on spojrzał nam mnie znacząco. Przeszliśmy do kuchni.
- Tęskniłem. - powiedział z uśmiechem, który wywołam motylki w moim brzuchu.
- Ja też. - odparłam.
Mocno mnie do siebie przytulił.

Dopiero teraz czułam się dobrze. Kiedy był obok, blisko mnie. Zapomniałam o wszystkim. Byliśmy tylko my. Dlaczego on tak na mnie działał? Jego dotyk często sprawiał, że moje serce lekko przyśpieszało. To było dziwne chodź z drugiej strony... Stop! Opanuj się!
- Gdzie byłaś? - spytał pozwalając usiąść mi na krześle.
Sam stanął na przeciwko i usiadł na blacie.
- U mamy w Polsce. - odparłam.
- I co? - to nie było pewne pytanie.
- Wygrywa z chorobą. Jest w ciąży. Ma narzeczonego. I będę miała przyrodniego brata. Nie zgadniesz kogo.
- Strzelam: Jakiś polski fajny artysta.
- Chciałabym. - uśmiechnęłam się lekko - Niestety jest to mój były. Będę się z nim często widywać.
Chłopak posłał mi lekki uśmiech. Cieszyłam się że znów tu byłam. Wróciliśmy do reszty. Wszyscy się śmiali i było wesoło. Znów czułam się dobrze. Dostałam sms od nieznanego numeru:
Idź do lasu.
Nie wiedziałam dlaczego - zrobiłam to. Na dworze było już zimno i czuć było zimę.W końcu za chwilę początek grudnia. Rozejrzałam się. Nie było nikogo. Po chwili poczułam mocny ból głowy i upadłam na ziemie...

*Zayn*
Poszedłem za Liz. Miałem złe przeczucie. Kiedy zbliżałem się tam gdzie przed chwilą stała usłyszałam jakiś dziwny język:
- Boże, kto ci to zrobił Malutka.
Był to męski głos. Po chwili zauważyłem jak ktoś się nad nią pochyla.
- Hej ty! - kiedy podbiegłem uciekł.
Pochyliłem się nad nieprzytomną Elizabeth. Miała mocno obitą głowę i obficie krwawiła. Zadzwoniłem po pogotowie.
Lekarze nie chcieli mi nic powiedzieć. Tylko to, że zabierają ją na sale operacyjną. Tak bardzo się bałem. Roztrzęsiony zadzwoniłem do Jasmin i Rose. Przyjechały z chłopakami niedługo potem. Dziewczyny również niczego się nie dowiedziały. Tak bardzo się martwiłem. Jasmin też nie uzyskała żadnych informacji. Siedzieliśmy tam dobre 4 godziny. Po chwili wyszedł lekarz. Wszyscy się podnieśliśmy.
- Co z nią? - spytała Rose.
- Miała poważny uraz głowy. Powinna obudzić się za jakiś czas. Wszystko poszło dobrze.
Przy ostatnim zdaniu wyłapałem u niego coś innego. Nie wiedziałem o co chodziło. Po chwili mogliśmy do niej wejść. Była taka krucha. Wyglądała jak zawsze - jak anioł, który śpi. Zostałem przy niej. Bardzo chciałem być kiedy się obudzi. Jednak to nie zdarzyło się dzisiaj. Chciałem zasnąć ale nie potrafiłem. Pilnowałem jej. Położyłem się koło niej i przytuliłem ją. Zwróciła się w moim kierunku. Uśmiechnąłem się lekko. Wiedziałem że nie pozwolę żadnemu idiocie jej skrzywdzić. Byłem ciekawy co ona czuje.

*Elizabeth*
Ciemność. Otaczała nie z każdej strony. Kiedy poczułam ciepłe ramiona.Wiedziałam do kogo należą. Uratowały mnie. Wyrwały z zimnych szponów ciemności. Teraz byłam bezpieczna. Po prostu spałam.
Obudziłam się. Nie wiedziałam gdzie jestem. Powoli otworzyłam oczy. Ujrzałam Zayna. Spał. Moje usta wykrzywiły się lekko w uśmiechu. Był przy mnie. Zależało mu na mnie. Co się stało? Tego nie pamiętam. Po chwili powieki szatyna uniosły się i dostrzegłam radosne czekoladowe oczy.
- Jak dobrze, że się obudziłaś. - mocno mnie przytulił - Bałem się o ciebie.
- To tylko dzięki tobie. - odparłam cicho.
I tak usłyszał. Byłam tego pewna. Po chwili jego oczy znalazły się na wysokości moich.
- Myślałem, że cię stracę. - w jego oczach pojawiły się łzy.
Ujęłam lekko jego twarz w swoje dłonie.
- Nie wybieram się jeszcze nigdzie. - uśmiechnął się i zamknął oczy wtulając swoją twarz w moje ręce.
Nie wiem jak długo to trwało, ale nam to nie przeszkadzało. Chłopak siedział ze mną cały dzień. W końcu wypuścili mnie pod wieczór i kazali się nie przemęczać. Miałam 4 szwy na czole. Malik był uradowany tym, że może być blisko mnie. Zupełnie jak ja. W domu wszyscy wesoło mnie przywitali. Byłam jednak tak zmęczona, że nie miałam siły z nimi siedzieć. Poszłam do siebie i opadłam na łóżko. Po chwili  poczułam ciepłe ramiona. Odwróciłam się z uśmiechem do Zayna.
- Muszę ci coś powiedzieć. - szepnął. Spojrzałam w jego oczy - Kocham cię Liz.
Jego słowa zaskoczyły mnie. Czułam do niego to samo, ale... Przestań!
- Ja ciebie też. - wyszeptałam.
Uśmiechnięty Mulat złączył nasze usta w namiętnym pocałunku.









__________________________________
Krótki wiem! Ale musiałam ;) Z okazji teledysku do Steal My Girl, widziałyście??? Jest ekstra! :)

poniedziałek, 20 października 2014

Hej... (ta niepewność)

Z góry przepraszam! Nie usuwam bloga. Nie usuwam opowiadania. Kiedy rozdział?
I tu jest wielki ? Chodzi o to, że lubię pisać o 1D ale ten blog mi trochę ciąży mimo, że lubię go pisać ;) postanowiłam, że rozdziały będą pojawiać się tu wtedy kiedy będę chciała a na innym blogu będę pisać inną historię. Mam dylemat: 1D czy zwykli ludzi?
Mi się wydaje, że to drugie ;)
Nie gniewajcie się chcę dobrze ;)
Nina

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 4

Nie chciałam nikogo martwić. Jednak ktoś zawsze był ze mną. Nawet jeśli byłam "sama". Wiedziałam, że myślą,  że coś sobie zrobię. Ale odkąd miałam ten dziwny sen. Słyszałam tylko głos który mi szepnął: Masz dla kogo żyć. Od tamtej pory nie myślę o niczym innym jak mamie. Postanowiłam to zrealizować. Jeśli ma być to moja ostatnia szansa żeby ją zobaczyć to chcę. Bardzo ją kocham, a kiedy tylko myślę, że mogę ją stracić - usilnie wypieram to z mojej głowy. Tak więc kiedy wynegocjowałam to, że zostaje sama w domu spakowałam się. Zadzwoniłam do Erica gdy szłam na lotnisko.
- Cześć Eric. - przywitałam się.
- Hej. Co porabiasz?
- Wyjeżdżam.
Usłyszałam jak czymś pluje. Była to pewnie kawa, albo coca cola. Mniejsza. On musi wiedzieć.
- Dokąd? Jak? Dlaczego? Nie pozwalam ci! - zasypał mnie pytaniami.
Potarłam ręką czoło. Powiedz mu wszystko po kolei Liz. Spokojnie.
- Chcę jechać do Polski do mamy. Obiecuję że wrócę. Nie mów i m tylko.
- Ok. Powodzenia Liz.
- Dzięki.
Na odprawę zdążyłam w ostatniej chwili. Po chwili byłam w samolocie. Wielokrotnie dzwoniły do mnie dziewczyny. Chłopcy też. Najwięcej chyba jednak dzwonił do mnie Malik. Przez cały czas odkąd znalazłam się w samolocie myślałam o nim. Ciągle widziałam przed oczami jego uśmiech i czekoladowe oczy. Czułam pewną pustkę. Nie będę widzieć go kilka dni. Ale dlaczego się tak czułam? Przecież on mi pomógł i był moim dobrym kumplem...
Stałam na plaży. Był cudowny zachód słońca... Niebo błyszczało purpurą, pomarańczem i mieniło się złotem. Poczułam ciepły powiew powietrza. I nagle objęły mnie silne ramiona. Poczułam delikatny pocałunek na moi policzku.
- Kocham cię... - mruknął mi do ucha... Zayn.
Obudziło mnie ogłoszenie o lądowaniu. Pamiętałam cały sen, oprócz osoby, którą był ten mężczyzna... Po chwili byłam na miejscu. Nie wiedziałam gdzie może być mama ale żegnałam się w nią w szpitalu więc tam ruszyłam najpierw. Kiedy byłam coraz bliżej tego miejsca moje serce waliło coraz mocniej. W końcu wysiadłam. Zabrałam swoją walizkę. Szłam powoli parkingiem. Wahałam się... Po chwili usłyszałam:
- Liz?
Znałam tak dobrze ten głos. Gwałtownie odwróciłam się i szybko odgarnęłam włosy z mojej twarzy. Mama!
- Mama! - krzyknęłam i podbiegłam do niej.
Mocno ją przytuliłam. Pogłaskała mnie po włosach. Była tu. Stała na własnych nogach i mocno mnie przytulała. Nie wierzyłam, że coś takiego kiedykolwiek się zdarzy. Byłam tak bardzo szczęśliwa.
- Co tu robisz Kochanie? - spytała odgarniając pasemko moich włosów za ucho, a ja uśmiechnęłam się.
- Przyjechałam do ciebie.
- Moja mała córeczka... - przytuliła mnie ponownie.
Kiedy słyszałam jej serce od razu czułam się lepiej.
- Jak się czujesz? - spytałam łapiąc walizkę i podążając za nią.
- Wygrywam z chorobą. Lekarze mówią, że jest co raz lepiej. Ja również czuję się bardzo dobrze. I... - zawahała się - Jestem w ciąży.
To wszystko na raz oszołomiło mnie. Lecz moje szczęście nie miało granic. Kolejny raz wpadłam w jej ramiona.
- Tak się ciesze. - powiedziałam uradowana.
Ona tylko odwzajemniła uścisk. Pojechałyśmy do naszego domu. Kiedy robiłyśmy coś do jedzenia zadzwonił mój telefon; Malik. Westchnęłam i odrzuciłam połączenie. Tak bardzo za nim tęskniłam. Ale z drugiej strony - nie powiem mu gdzie jestem. Będą chcieli przylecieć. Nie. To nie wchodzi w grę.
- Czemu nie odbierzesz? - mama przyjrzała mi się uważnie krojąc ogórka.
- To nic ważnego. - uśmiechnęłam się lekko.
- Lizi nigdy nie umiałaś kłamać. Oddzwoń. Na pewno się martwią.
- Skąd...? - uśmiechnęłam się lekko.
- Znam cię już trochę córciu. - odwzajemniła mój gest.
Poszłam do mojego starego pokoju. Stałam i nerwowo wybijałam rytm palcami na stoliku. Wybrałam numer. Moje serce zaczęło bić mocniej. Chłopak prawie od razu odebrał. Nie wiedziałam co powiedzieć. Przeczesałam włosy ręką.
- Liz, jesteś tam? - odezwał się pierwszy, a kamień spadł z mojego serca.
Nadal jednak odczuwałam pewien rodzaj strachu.
- Tak. - powiedziałam cicho patrząc w podłogę.
- Nawet nie wiesz jak oni się martwią. Jak ja się martwiłem. - powiedział z ulgą - Gdzie jesteś? Co się stało? Nikomu nie powiedziałaś...
- Spokojnie. - usiadłam na łóżku - Nie jestem daleko od was. Musiałam coś załatwić. Podziękuj Ericowi. Ale nie wypytujcie go. Wie tylko że wyjechałam. Nic więcej.
- Dlaczego mi nic nie powiedziałaś?
- Bo wiedziałam, że będziesz chciał mnie zatrzymać. Wy wszyscy myślicie, że chcę się zabić, to nie prawda! - uniosłam się lekko, lecz po chwili mi przeszło - Przepraszam.
- Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że chcesz sobie odebrać życie. Lecz dobrze wiedzieć, że nie chcesz. - byłam pewna, że się uśmiecha - Co u ciebie?
Nasza rozmowa zaczęła wyglądać normalnie. Nie powiedziałam gdzie jestem, ani z kim. Ale opowiadałam jak się czuję. On również mówił co u nich słychać. Miło było posłuchać. W końcu po godzinnej rozmowie pożegnaliśmy się. Kiedy weszłam do kuchni mama całowała się z pewnym mężczyzną. Uśmiechnęłam się pod nosem i usiadłam na krześle czytając gazetę. Po chwili mama powiedziała;
- Już zeszłaś? - widziałam, że jest nieco zmieszana.
- Tak. Nie chciałam wam przeszkadzać. - dodałam - Liz. - przedstawiłam się.
- Wiem. Twoja mama dużo o tobie mówi. Zresztą jak mój syn. Jestem Robert. A to mój syn, Tomek.
Do kuchni wszedł Tomek. Mój były. Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Po chwili podszedł i chciał mnie przytulić. Odepchnęłam go. Byłam zła. To wszystko przez niego. Wszystko! Nigdy wcześniej nie byłam tak wściekła. Ponieważ ostatnio dużo czasu spędzałam mówiąc po angielsku i mama nie znała tego języka wypaliłam (po angielsku):
- Co ty myślisz?! Zerwałeś przez telefon! Jesteś dla mnie nikim! Nigdy nie popełnię tego samego błędu!
Wybiegłam mimo protestów mamy i jego. Była mi tak cholernie ciężko. Teraz kiedy zaczęło mi się układać musiał pojawić się on. To nie sprawiedliwe. Siedziałam w lesie. Długo tam biegłam ale nie czułam nawet zmęczenia. Było dobrze tak jak jest. On znów wszystko zepsuje. Nasi rodzice nawet nie wiedzieli, że jesteśmy razem. Siedziałam oparta o drzewo. Musiałam ochłonąć. Było dość zimno. Objęłam się ramionami. Wybiegłam w samej koszulce na krótki rękaw. Nie chciałam nie szczęścia dla mojej mamy, ale nie będę tolerować Tomka w naszej rodzinie. Dla mnie on nie istnieje. Poczułam coś ciepłego na moich ramionach. Spojrzałam w górę. Był to młody Dębski. Od razu stanęłam na równe nogi.
- Jak mnie znalazłeś? - spytałam zła, nie patrząc na niego.
- Zawsze lubiłaś przesiadywać w lesie.
Znów objęłam się ramionami, bo zrzuciłam z nich ciepłą kurtkę. Niebo mocno się zachmurzyło. Przypominało mi trochę mój nastrój.
- Liz... ja byłem głupi. - podszedł do mnie.
Cofnęłam się dwa kroki. Nie chciałam żeby podszedł do mnie bliżej. Doskonale go słyszę.
- To niestety zawsze była u ciebie cecha wrodzona. - odparłam, a z nieba poleciały pierwsze krople deszczu.
Po chwili mżawka przerodziła się w ulewę. Nie została na mnie ani jedna sucha nitka. Tym bardziej kiedy zawiał wiatr było mi jeszcze zimniej. Próbowałam schronić się pod drzewem - bezskutecznie. Ciepłe ramiona pociągnęły mnie w górę. Po chwili Tomek trzymał mnie na swoich rękach. Nie broniłam się, bo byłam zbyt słaba, a po chwili odpłynęłam.
Poczułam przyjemne ciepło. Dawno tego nie czułam. Otworzyłam powoli oczy. Znajoma kremowa kanapa. Byłam w salonie i leżałam na sofie koło kominka. Było tak cieplutko. Byłam porządnie okryta kocem. Zadzwonił mój telefon. Nie patrząc na wyświetlacz słabym głosem odebrałam;
- Halo?
- Liz, cholera, nie wiesz jak się bałem! Dzwonię do ciebie od 13, a jest 18. - w słuchawce usłyszałam tak znany mi zatroskany,  jednocześnie zły głos Malika.
- Przepraszam. Prawdopodobnie straciłam przytomność.
- Co? - przestraszył się.
- Byłam w lesie. Zaczęło padać. I tak przez to wszystko mam słabą odporność. Chyba się przeziębiłam.
Miałam zatkany nos i nie najlepiej się czułam.
- Ale wszystko w porządku?
- Tak. Nie martw się.
- Kiedy wrócisz? - kiedy usłyszałam tęsknotę w jego głosie byłam gotowa od razu wskoczyć do samolotu, ale nie mogłam.
- Nie długo. Obiecuję. Muszę zostać tu jeszcze trochę.
- Chcę żebyś już wróciła.
- Wrócę. Nie zostawię was. - usłyszałam zbliżające się kroki - Muszę kończyć. Pa.
- Hej.

*Zayn*
Tak bardzo chciałem żeby wróciła. Brakowało mi jej widoku. Tego jak chowa się w moich ramionach gdy się boi. Jej ślicznych oczu i zarumienionych policzków. Tak bardzo za nią tęsknie. Od Erica nie dowiedziałem się za dużo. Nie chciał nic powiedzieć. Mam tylko nadzieje, że Liz wyzdrowieje i jak najszybciej będę mógł ją do siebie przytulić.
- Zayn! Malik! Zayn'ie Jafadd'ie Maliku! - krzyknęła zła Perrie - Jesteś nie przytomny! Co się z tobą dzieje?
Wiesz zakochałem się. Nie powiem jej tego. Ale wiem, że nie mogę tak dalej żyć. To Elizabeth kocham nie ją. Wiem, że to śmiała decyzja ale ja muszę to zrobić. Spojrzałem w jej oczy, które kiedyś przynosiły mi radość.
- Pezz musimy pogadać. - powiedziałem poważnie.
- Zayn nie... - odparła z łzami w oczach.
- Perrie...
- Nie! Kocham cię!
- To nie takie proste. - odparłem i podrapałem się po karku - Nie możemy być razem.
- Nie! Kocham cię! Nie możesz mnie zostawić! A ślub?! Przecież mi się oświadczyłeś! - łapała się wszystkiego, żebym jej nie zostawił.
- Wybacz ale to koniec. Ja nie potrafię dalej tak żyć.
Widziałem teraz nie rozpacz a furię w jej oczach.
- To wszystko przez tą Jasmin, albo Rose tak?! Która chce cię mi zabrać?!
Spuściłem wzrok.
- Nie... Nie powiesz mi, że to ta Liz! To jakiś żart?
- Nie. To koniec. Pogódź się z tym.
Wyszedłem zostawiając ją. Sam nie wiem co myślałem i co myśleć. To było tak cholerni ciężkie.

*Elizabeth*
Do pokoju weszła zmartwiona mama. Kiedy tylko zobaczyła mnie przytomną na jej twarzy zauważyłam ulgę.
- Córeczko! - przytuliła mnie - Tak bardzo mnie wystraszyłaś!
- Nic mi nie jest. - odparłam cicho.
Zdałam sobie sprawę że to nie w jej ramionach chciałabym teraz być. Teraz chciałabym wtulić się w Zayna. Tak jak wtedy kiedy mi pomagał. Tylko przy nim czułam się bezpieczna. Uspokój się Liz! Ile można! On ma kobietę swojego życia. A ty musisz się z tym pogodzić. Obok mamy znalazł się Robert, a w drzwiach oparty o framugę drzwi uważnie przyglądał mi się Tomek.
- Co się stało? - spytał starszy Dębski - Tomek powiedział, że straciłaś przytomność.
- Tak. Ale to nic poważnego. Ostatnio miałam dużo stresu. - spuściłam wzrok - Mamo... - spojrzała na mnie. Nie chcę sprawić jej przykrości. Ale muszę to zrobić - Muszę wrócić do Londynu...




_______________________________________
Wiem, że krótko, ale tworzyłam go z 4 dni. Nie miałam czasu wstawić wcześniej ;) mam nadzieję, że się podoba ;) piszcie komentarze ;)

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział 3

Dzisiaj więcej opisów ;)
_______________________________
Ciągle ktoś pukał do drzwi. Ja tylko odpowiadałam:"Idź sobie". Nie wiedziałam kto przychodził. To było nie ważne nie chciałam widzieć tych osób. Byłam tak wycieńczona płaczem, że zasnęłam.
Obudziłam się Przykryta kocem. Wczoraj było bardzo długim dniem. Wzięłam gorący prysznic i ubrałam się w czyste ciuchy. Na dole w salonie spał James i Rose. Nie chciałam ich budzić więc cichutko przeszłam do kuchni. Gdzie przeszło chyba tornado. Chłopaki śmiali się przy robieniu naleśników. Rozbawiła mnie mina Horana kiedy zobaczył jak bardzo przypalili jedzenie.

Zaśmiałam się. Wszystkie oczy skierowały się na mnie.
- Hej. - powiedziałam cicho i spuściłam wzrok.
- Ugotuj mi coś. Błagam. - powiedział Niall przytulając mnie.
Uśmiech sam wkradł mi się na usta.
- Co chcesz? - spytałam patrząc w jego śliczne oczy.
- Naleśniki.
Zabrałam się do pracy kiedy chłopaki sprzątali mąkę i inne rzeczy z podłogi. Zrobiłam ich chyba z pięćdziesiąt. Blondyn wciągnął połowę. Sama zjadłam może jednego. Nie chciałam nic jeść. Nie byłam głodna. Spojrzałam na paczkę papierosów. Wypaliłam wszystkie. Na szczęście w drodze powrotnej zdążyłam kupić paczkę. Jednak nie miałam zapalniczki.
- Macie ogień? - spytała.
Mały podłużny przedmiot rzucił do mnie Malik.
- Dzięki. - mruknęłam i wyszłam na taras. Usiadłam na schodach i zapaliłam. Poczułam ulgę. To w pewnym sensie mi pomagało. Chodź wiedziałam, że to nie na długo - chciałam. Po chwili usłyszałam kroki. Koło mnie usiadł Mulat. Oddałam mu zapalniczkę. Po chwili usłyszałam charakterystyczny odgłos. Chłopak schował zapalniczkę do kieszeni. Widziałam jedno - musiałam zobaczyć się z mamą. Na pewno. Póki mam jeszcze nadzieję, że ona żyje.
- Miałaś wczoraj gorszy dzień? - spytał.
Nie patrzył na mnie. Lecz po chwili jego wzrok zatrzymał się na moich oczach. Nie wiem dlaczego w moim brzuchu działo się coś dziwnego. Nie! - skarciłam się i odwróciłam wzrok.
- Trochę. - mruknęłam patrząc na moje buty.
W tym momencie wydawały mi się bardzo ciekawe. Zaciągnęłam się jeszcze raz papierosem po czym zgasiłam go. Zadzwonił mój telefon. Nie znany numer. Odebrałam.
- Liz? - to był znany mi głos. To był Tomek - Koniec z nami. Nie dzwoń nie pisz. Nie kocha cię. - rozłączył się.
W tamtej chwili zawalił mi się świat. Powoli opuściłam telefon. On był moim jedynym oparciem. Szybko podniosłam się i wybiegłam z domu. Pobiegłam w prost do lasu gdzie zawsze znajdowałam schronienie. Usiadłam pod jednym z drzew skulona i płakałam. Czemu naglę tracę wszystkich, którzy są w okół mnie? Tomek był moim jedynym wsparciem. Byliśmy ze sobą może dwa miesiące. Jasmin coś podejrzewała, ale nie wiedziała o nas. Chłopak wiedział o mnie wszystko. I wiedział to, że jestem załamana. To było tak cholernie nie sprawiedliwe. Mój głos nie chciał wydobywać się z krtani, jednak chciałam zaśpiewać. To było nie możliwe. Kiedy zaczynałam głos łamał mi się tak bardzo, że sama nic nie słyszałam. Po prostu tak tam siedziałam myśląc: Czemu to właśnie na mnie wypadło? Czemu akurat ja muszę to znosić?

*Zayn*
Po telefonie dziewczyna wybiegła z płaczem. Nie wiedziałam co się stało. Chciałem spytać, jakoś pomóc, ale uciekła z domu. Obudziłem Jamesa i tę dziewczynę, która spała na sofie obok. Musieliśmy ją znaleźć, bo jeśli Jasmin mówiła prawdę, to Liz może sobie coś zrobić. Na tej brunetce zaczęło mi zależeć. Coś do niej czułem, ale co to było? Och, uspokój się Malik, do cholery! Jesteś zaręczony. I co z tego? Kiedy tylko o niej pomyślę nie widzę nic innego. Ugh... Widziałeś ją raz i jeszcze cię pojechała. No i co z tego? Czy to nie ty byłeś Bad Boy'em z Bradford? Koniec tego! Zacznij trzeźwo myśleć! Podzieliliśmy się na grupy. Wypadło tak, że byłem sam. Mieliśmy iść w różne miejsca gdzie mogłaby być. Mi wypadł las. Jeśli tam była - a tak czułem - byliśmy podobni. Mimo, że uwielbiałem swoje życie miło jest czasem posiedzieć samemu. Lubię śpiewać, być z fanami, z chłopakami... Ale czasem po prostu lubię posiedzieć w ciszy. Odpocząć od całego zamętu. I dla mnie też odpowiednim miejscem wydaję się las. Powoli przemierzałem kawałek po kawałku słuchając uważnie. Lecz nic nie wskazywało na to, że dziewczyna tu jest. Jednak czułem, że ją tu znajdę. I nie myliłem się. Po jakichś 15 minutach usłyszałem cichy szloch. Powoli szedłem w tamto miejsce. Nie chciałem jej przestraszyć. Siedziała skulona pod wielkim drzewem, płacząc. Wydawała się taka krucha i taka bezbronna. Lecz wcale taka nie była. Już zdążyła nam to pokazać. Kucnąłem obok nie do końca wiedząc jak się zachować.
- Liz? - odezwałem się cicho z nadzieją, że coś mi odpowie.
Jednak zastała mnie cisza. Ona nie odezwała się. Nie spojrzała na mnie. Usiadłem obok i przytuliłem ją delikatnie. Chciałem żeby przestała płakać, bo kiedy to widziałem było mi smutno i moje serce również się temu opierało. Ona mocno się we mnie wtuliła. Po prostu potrzebowała kogoś kto ją wesprze. Malik, to właśnie ty będziesz tym kimś. Szybko wystukałem na telefonie wiadomość do Jamesa, że ją znalazłem i żeby się nie martwił. Odpowiedź nie przyszła. Widocznie bardzo dobrze znał Liz. Pogłaskałem ją po włosach pozwalając mocniej się przytulić. Jednak ona się zawahała. Wiedziałem, że nie wie czy może. Czy się nad nią nie lituje. Jednak ja to robiłem tylko dlatego, że mi na niej zaczęło zależeć.
- Powiesz mi co się stało? - spytałem cicho przytulając ją mocniej.
Przez chwilę panowała cisza.Nie odpowiadała.
- Zostawił mnie właśnie teraz. - powiedziała przez łzy.
Spojrzałem w jej załzawione oczy. Nie mogłem patrzeć na to jak cierpi. Delikatnie wytarłem jej policzki. Ona tylko zamknęła oczy, a z pod jej powiek znów wypłynęła kolejna fala łez.
- Nie był ciebie wart. Nie myśl o nim. Masz tu wszystkich, którzy ci pomogą.
Mimo, że moje słowa płynęły w prost z mojego serca zauważyłem, że nie przekonałem jej. Ale słowa były teraz dla niej ważne tylko czyny. A my teraz nic nie robiliśmy.
- Chodź. Zabiorę cię do domu. - szepnąłem.
- Nie. - mruknęła tylko i wyrwała się z moich objęć.
Jakby się czegoś bała. Odwróciła się do mnie tyłem i skuliła się, a lewą stroną oparła się o konar drzewa. Czy to ja coś zrobiłem nie tak, czy po prostu miała swoje powody? Martwiłem się o nią. A może nawet bałem.
- Dlaczego? Nikt nie będzie na ciebie krzyczał. Oni wszyscy martwią się o ciebie. - znów zbliżyłem się do niej.
Kidy odwróciła głowę w moim kierunku widziałem w jej oczach ból. Nie odwróciła wzroku.
- Znów ich zranię. Tylko do tego ostatnio się nadaję. Nawet na was naskoczyłam. Zupełnie nie chciałam... Nie zamierzałam tego zrobić. Nie chcę wiedzieć nawet co o mnie musieliście pomyśleć. Chcę zostać sama Zayn.
Odwróciła się. Nie zostaniesz sama. Nie pozwolę na to. Wiedziałem, że tak naprawdę ona potrzebuje, żeby był ktoś przy niej. Westchnąłem cicho. Przytuliłem ją. Nie opierała się. Nie wiem jak długo, ale wiem, że siedzieliśmy tam wieczność. Dla mnie ten czas nie musiał się kończyć, bo ona była obok. Kiedy zasnęła wyglądała tak spokojnie. Nie chciałem jej obudzić więc delikatnie uniosłem ją i wziąłem na ręce. Powili ruszyłem do domu uważając żeby nie zahaczyć o drzewo. Kiedy myślałem, że Liz się przebudziła ona tylko objęła moją szyję i spała dalej. Odniosłem ją do jej łóżka. Jednak kiedy ją położyłem nie mogłem się powstrzymać. Ucałowałem delikatnie jej czoło i szepnąłem:
- Masz dla kogo żyć.
         
                                                                        * * *

- Zayn! - "obudziłem" się i spojrzałem na złą Pezz.
Od godziny siedzieliśmy i oglądaliśmy film, ale nie mogłem się skupić. Całe moje myśli zajmowała Liz.
- Tak? - odparłem udając, że nic się nie stało.
- Od 15 minut lecą napisy, a ty nadal wpatrujesz się w ten durny ekran. Co się stało? - próbowała złapać mój wzrok lecz uciekłem w drugą stronę.
- Nic. Wszystko jest ok. Musze iść Pezz, bo chłopaki mnie zabiją. Pa.
Ucałowałem jej policzek i podążyłem do domu Liz. Jasmin miała dzisiaj wieczorem wrócić do domu. Na razie o tym, że jakiś tam chłopak rzucił Liz wiedziałem tylko ja. Nie powiedziała nikomu innemu. I ja wiedziałem, że nie powinienem nikomu mówić. Było już późno. Wieczór. Dość zimny. Byłem przed domem. Kiedy miałem zadzwonić do drzwi one szeroko otworzyły się, a prosto w moje ramiona wpadła ONA. Jej włosy przysłoniły przestraszoną twarz i zaszklone oczy. Jej ręce mocno zacisnęły się na moich ramionach. Cała jej sylwetka opierała się na mnie. Spojrzała w moje oczy. Widziałem, że na jej usta mimowolnie wkradł się niewinny uśmiech. Jednak jej oczy nadal zostały przestraszone.
- Co się stało? - spytałem pomagając złapać jej równowagę.
Znów nie chciała odpowiedzieć. Spuściła głowę, a jej włosy ją zasłoniły. Na pewno nie uciekniesz. Odgarnąłem je lekko. Spojrzała na mnie, ale szybko przeniosła wzrok na kafelki, które symetrycznie układały się w chodnik.
- Kazał nie dzwonić, nie pisać... ale sam zadzwonił i powiedział, że chce to odkręcić. Tylko, że ja już nie chcę.
Odkąd dwa dni temu mi powiedziała (o zerwaniu) stała się dużo silniejsza. Znów rzuciła na mnie nieśmiałe spojrzenie, a jej policzki pokrył delikatny róż. Wyglądała tak ślicznie. Odwróciła głowę.
- I tak widziałem. - odparłem z uśmiechem.
Uderzyła mnie lekko w ramie. Była nieco speszona.
- Jasmin wróciła. - powiedziała cicho chodź i tak wiedziała, że nie przyszedłem tu do Jami.
Kiedy weszliśmy do środka dobiegł mnie głupkowaty śmiech Lou. I tak w kuchni grali w kalambury. Elizabeth minęła wszystkich zwinnie i usiadł wygodnie na bacie. Podrzucała jabłko. Robiła to przez dłuższą chwilę, ale jednak odłożyła je.
- Malik! - wrzasnął Niall. Odwróciłam się w jego stronę i posłałem promienny uśmiech - Ziemia do Zayna. Słyszysz mnie już?
- Tak, Horan słysz cię doskonale. - odparłem.
Nie lubiłem kiedy ktoś tak do mnie mówił, ale w jego wykonaniu było to tak zabawne, że jemu jednemu się zawsze upiecze. Uśmiechnąłem się szerzej.
- A ty nie u Perrie? - zauważył Liam.
- Nie. - odparłem i nie chciałem ciągnąć tego tematu. Zauważyli to. Cholera! - Jak się czujesz Jasmin? - zwróciłem się do niej.
Nie opodal siedziała charakterystyczna brunetka. Wydawała się być optymistką. Ale nie była, aż tak ładna mimo, że muszę przyznać rzadko widuję tak ładne dziewczyny. Ale serce podpowiadało mi inaczej. Rzuciłem przelotne spojrzenie na Liz, le po chwili mój wzrok znów zatrzymał się na Jami.
- Dobrze dziękuję. - powiedziała z szerokim uśmiechem.
Czyjś telefon zaczął dzwonić. Wszyscy rozejrzeliśmy się. Była to komórka Liz. Kiedy tylko spojrzała na wyświetlacz odrzuciła połączenie. Spojrzała po nas wszystkich i uciekła do siebie. Stanąłem pod drzwiami z zamiarem zapukania, ale powstrzymał mnie jej głos:

Ignorowałam tą gulę w moim gardle
Nie powinnam płakać, łzy były dla słabych
W dni jestem silniejsza, "co teraz" mówię więc
Lecz czegoś brakuje

Cokolwiek to jest czuję jakby śmiało się ze mnie przez szkło
dwustronnego lustra
Cokolwiek to jest po prostu śmieje się ze mnie
I chcę tylko krzyczeć

Co teraz? Nie mogę tego pojąć
Co teraz? Chyba po prostu to przeczekam.
Co teraz? Co teraz?

Umilkła, ale usłyszałem jej cichy szloch. Cicho zapukałem i wszedłem. Siedziała na łóżku i otarła poliki. Nie patrzyła na mnie tylko przez okno. Podszedłem do niej i przytuliłem ją do siebie.
- Czemu mi pomagasz? - wydukała starając się przybrać pewny ton głosu.
- Bo chcę. - odparłem tylko tyle.
Nie protestowała. Nie dopytywała się dalej. Po prostu mi uwierzyła. Nie zawiedziesz jej Malik. Dasz radę.

*Elizabeth*
Kiedy czułam jego ramiona wszelki strach odchodził. Zostawała sama ulga i spokój. Kiedy był obok czułam się lepiej. Nie było smutku, ani strachu. Była tylko radość. Tylko nie na długo. Musisz się z tym pogodzić Liz, ale on ma narzeczoną. Kocha ją i chce wziąć z nią ślub. Tu jesteś bezsilna. Nie chciałam teraz o ty myśleć. Mocniej się do niego przytuliłam. Poczułam jego ciepły oddech na mojej szyi. Po prostu mnie przytulał. Tylko dlaczego zawsze kiedy mnie dotykał moje serce lekko przyśpieszało, a żołądek koziołkował? Nie Liz. Nie możesz sobie na to pozwolić. To nic, że jego ramiona cię uspokajają, w jego towarzystwie czujesz się sobą i wystarczy jedno jego spojrzenie, żebyś oblała się rumieńcem. Nie możesz się zakochać.










__________________________________
Wiem, że krótko, ale z dedykacją dla Muffinki i Magicznej ;)
Piosneka: Rihanna - What now?

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 2

Ja zaczynałam śpiewać:
Czuję się jakbyśmy byli nad morzem.
Tam i z powrotem, tak to wygląda
I kiedy chcę pogadać ty mówisz mi
Że co ma być to będzie
Tak oszalali w tym co nazywamy miłością
Tą miłość którą mamy, której nie możemy sobie odpuścić
Dotarłam do ciebie byś powiedział mi 
tutaj teraz w tej wodzie, a ja...

Razem:
Jestem za burtą i potrzebuję twojej miłości, wyciągnij mnie z tego
Nie potrafię samodzielnie pływać, bo to za dużo
Czuję się jak bym tonęła/ął bez twojej miłości
Więc chodź mi na pomoc
Mój życiowy obrońco
Oh życiowy obrońco
Mój życiowy obrońco
Oh życiowy obrońco

James:
Nigdy cię nie rozumiałem kiedy mówiłaś
Że chcesz spotkać mnie w połowie drogi
I czułem się jakbym wypełniał swoją cześć
Dowiaduję się o twoim przybyciu wkrótce
Śmieszne jak rzeczy się zmieniają
Bo teraz widzę...

Skończyliśmy na tym. Nieźle wyszło. Zostaliśmy nagrodzeni brawami. Lubiłam to. Zauważyłam telewizję.
- Będziesz sławny. - mruknęłam do Jamesa, na co tylko się uśmiechnął.
Ludzie zaczęli rozmawiać z nami. Po chwili przybiegli reporterzy.
- Jesteście parą? Jak długo jesteście razem? Ile czasu spędzacie na śpiewaniu?
Roześmialiśmy się. To była pierwsza taka sytuacja, że ktoś nas o coś wypytuje. Szczególnie że byli to reporterzy.
- Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. - odparłam.
- Nie spędziliśmy ani chwili na śpiewaniu razem oprócz ostatnich pięciu minut. - dodał James.
Reporterzy chcieli wiedzieć coś więcej ale wykręciliśmy się i poszliśmy do domu. Zadzwonił Eric.
- Hej. - odebrałam.
- Co to za chłopak który z tobą śpiewał? - nie był zachwycony.
- Mój przyjaciel.
- Przyjdźcie do studia. - rozłączył się.
Westchnęłam. Przekazałam to Jamesowi.
- No to chodźmy do studia. - odparł.
Pojechaliśmy jego motorem dzięki czemu po chwili byliśmy na miejscu. W sali siedział Eric z menadżerem One Direction i z chłopakami. Ups... Nie patrzyłam ani na chłopaków ani na Paula.
- Wiesz co zrobiłaś? - spytał zły Eryk.
- Więcej niż co po niektórzy. - odparłam.
- To opowiedz o swoich wyczynach księżniczko. - powiedział kąśliwie Paul.
Zapewne zrobiłam się nieco czerwona. Kiedy byłam mocno zdenerwowana drżał mi głos, ale nie tym razem. Tym razem był silny i nie znosił sprzeciwu.
- Kiedy rano wróciłam od Erica mało co nie dostałam zawału serca. Mogłam ponownie stracić kogoś kto dla mnie wiele znaczy. Przyszłam zawiadomić Erica, że Jami musi zostać w szpitalu. Potem razem z Jamesem poszliśmy do chorych dzieci. Były takie radosne kiedy z nami śpiewały. Nigdy nie widziałam tak szczęśliwych dzieci. Później ja i James daliśmy świetny występ i wielu ludziom się podobało. Ale to przecież nic! My nic nie zrobiliśmy a całe One Direction przez cały dzień siedziało w swoim busie i gadało o niczym! Ale i tak to ja i James zawiniliśmy! Chodź. - mruknęłam do chłopaka.
Wyszliśmy stamtąd.
- Nie denerwuj się. - powiedział spokojnym głosem.
Chodziłam w tę i z powrotem.
- Jak mam się nie denerwować?! Oni myślą, że jestem rozpuszczonym dzieckiem! Nie będę się nad sobą użalać. Inni mają gorzej. Chociażby te dzieci, które dzisiaj z nami siedziały. Ale gdyby oni przeszli chodź przez 1/4 tego co ja może by zrozumieli, ile znaczy dla mnie muzyka i że robię wszystko bezinteresownie.
Nieco mi ulżyło.
- Lepiej? - spytał i mocno mnie przytulił.
- Tak. - mruknęłam.
Uspokoiłam się. Teraz było ok.
- Znasz zdanie Paula, nie nasze. - powiedział Liam.
Odwróciłam się. Stali całym zespołem. Wcale nie było mi głupio. Może mieli swoje przeżycia, ale tego co ja wycierpiałam nie wycierpiał nikt inny i rany, wspomnienia to wszystko zostanie ze mną na zawsze. Znam zdanie ich menażera nie ich? Doprawdy? Zdaje mi się, że to jest ich zdanie.
- Chodźmy James. Mam już dość tego całego zamieszania. - powiedziałam cicho.
- Powiedz chociaż czemu nie chcecie z nami śpiewać? - powiedział Liam - Czy może Jamin chce a ty nie chcesz?
Zdenerwował mnie. Przecież gdyby Jami chciała sama by z nimi nagrała tą cholerną piosenkę! Podeszłam do niego i popatrzyłam w jego oczy.
- Gdyby Jasmin chciała już dawno przyszłaby i zaśpiewała z wami ten cholerny kawałek! Najwidoczniej jesteśmy podobnego zdania. Dla was muzyka jest zyskiem, dla nas życiem. Tu się różnimy. Szkoda, że zawsze chciałyśmy się na was wzorować. - to ostatnie powiedziałam z zawodem.
Wróciłam razem z Jamesem do mojego domu. Chłopak starał się mnie rozweselić i udawało mu się to.

*One Direction*
Chłopcy byli zmieszani tym co usłyszeli.
- O co jej chodziło? - powiedział jak by obudzony ze snu Lou.
- Zawiodła się. Pozory mylą. - odparł Zayn.
- Nie rozumiem. - Niall nie wiedział o co chodził Elizabeth.
- Dziewczyna myśli, że zmieni świat. - powiedział smutno Liam - Niestety zwiedzi się.
Wrócili do studia. Eric i Paul rozmawiali o czymś, jednak gdy weszli przestali.
- I co? - spytał Eric.
- Czuję się jak po ostrej bójce. - powiedział Harry.
Eric westchnął. "Ta dziewczyna ma temperament. Miejmy nadzieję, że nie jest humorzasta" - pomyślał.
- Co chcesz zrobić? - spytał Paul menażera dziewczyn - Chłopaki zostali bez duetu.
- Skąd mam wiedzieć co zrobić Paul? Liz nie zgodziła się. Uszanuję to. Pójdę przekonywać Jami. Może się zgodzi. Chłopcy pójdą ze mną.

*Elizabeth*
Postanowiłam pójść do Jasmin. James był zmęczony więc tylko mu to powiedziałam i pozwoliłam mu zasnąć. Szłam wolno rozkoszując się widokami. Omiatałam wzrokiem wszystko co tylko mogłam. W końcu byłam na miejscu. Najpierw skierowałam się do lekarza spytać o jej stan. Odparł, że ma się bardzo dobrze. Powinni jutro wieczorem lub po jutrze ją wypisać. Odetchnęłam z ulgą na te wieści. Kiedy byłam już przed salą dziewczyny zamarłam. W środku było ona - roześmiana jak zawsze - i One Direction wraz z Ericem. Kidy dziewczyna mnie zauważyła z uśmiechem przywołała mnie ruchem ręki. Niechętnie ruszyłam ku nim. Weszłam powoli i stanęłam po lewej stronie, bo tam nie było żadnego z nich.
- Co jest Liz? Jesteś małomówna. - powiedziała patrząc na mnie z troską.
- Nie martw się o mnie, wszystko jest w porządku. Teraz ty jesteś najważniejsza. - uśmiechnęłam się delikatnie.
 - Jasne. Wiem kiedy kłamiesz. Zwierzaj się.
Widziałam triumfalny uśmiech na twarzy Louisa i tylko lekko uniosłam brew.
/Kursywa oznacza rozmowę po polsku/
- Mała spina z twoimi przyjaciółmi. - mruknęłam.
- Co się stało?
- Nie zdążyli ci się na mnie poskarżyć? Miło.
- Liz...
- Jasmin, mam już tego dość. Oni wszyscy myślą, że nic nie robię, że chcę się wypromować i dużo zarabiać. Dobrze wiesz, że nie chcę tego. Mam dość mojego życia.
- Nie mów tak.
- Ale tak jest. Co mam zrobić? Nic nie poradzę na to, że mama... - przerwałam.
Nie powinnam była zaczynać.
- Liz czego mi nie powiedziałaś? - zatroskała się.
- Jest chora na raka. Kazała mi wyjechać. Nie mogą jej już pomóc. Ma prze sobą może jeszcze miesiąc życia. Chciała, żebym już zaczęła wszystko sama.
Zacisnęłam powieki. Nie miałam już siły.
- Przepraszam cię Jasmin. Teraz muzyk mi nie wystarczy.
Wybiegłam jak najszybciej umiałam. Ona nie powinna patrzeć jak płaczę.

*Jasmin*
Tak bardzo zaskoczyło mnie to co powiedziała. Czemu wcześniej nic nie mówiła? Pomogłabym jej. Powiedziała coś. Wspierałabym ją. Przepadło. Nikt nie wiedział co się przed chwilą stało. Nic nie rozumieli.
- Eric daj telefon. - powiedział, jednak on zawahał się - Szybko! - po chwili miałam urządzenie w ręce. Wykręciłam numer - James musisz mi pomóc. Liz gdzieś uciekła nie wiem gdzie jest. Jej mama jest chora i umiera. Wiedziałeś coś?
Zaskoczony chłopak natychmiast się rozbudził.
- Nie Już jadę. Będę jej szukać.
- Ok. Dzięki. - oddałam telefon - Eric musisz szukać Liz. Boję się o nią.
- Czemu? - on nie rozumiał.
- Jej mama jest chora. Boję się, że Liz coś sobie zrobi.
Kiwną tylko głową i zabrał chłopaków. Ja mogłam tylko bezczynnie czekać.

*Elizabeth*
W końcu znalazłam miejsce dla siebie. Po drodze kupiłam paczkę papierosów i zapalniczkę. Kiedyś paliłam. Odpaliłam pierwszego papierosa. Za pierwszym zaciągnięciem się zaczęłam kaszleć, ale po kolejnych było już lepiej. Co teraz robiłam? Zaprzeczałam wszystkiemu co powiedziałam Ericowi. Jednak życie nie chciało mnie oszczędzić a ja już nie miałam siły. Siedziałam w parku koło jakiegoś jeziorka. Było ciemno. Jednak nie bałam się. Było mi tylko zimno bo wyszłam w samej koszulce na krótki rękaw. Podkuliłam nogi. Co mam dalej zrobić ze swoim życiem? Jeśli stracę mamę... Już nic nie będzie miało sensu. Nawet muzyka. Poczułam ciepłe objęcia. Po chwili ujrzałam twarz Jamesa. Usiadł obok.
- Chcesz? - spytałam podstawiając mu paczkę z papierosami.
- Dziewczyno został ci jeden. Zdążyłaś przez pół godziny wypalić całą paczkę?
Wzruszyłam tylko ramionami.
- Liz co jest? - spytał i objął mnie ramieniem.
Teraz już wszystko we mnie pękło. Już nie miałam siły powstrzymywać łez które same cisnęły się z oczu. Pozwoliłam im swobodnie spływać po moich policzkach.
- Straciłam tatę. Stracę mamę. Nie mam nikogo dla kogo chciałabym żyć.
- Liz... Masz mnie, Jasmin, Rose. Ona ma tu przylecieć. Ma być za jakieś dwie godziny.
Nie odpowiedziałam tylko zaczęłam po polsku śpiewać:

Prawdziwa miłość połączyła ich
Walczyli do końca chodź brakło sił
Ona nie chciała by każdego dnia
Musiał patrzeć jak upada tak
pomyśl jaki to był dla nich ból
Wiedząc, że w końcu odejdzie znów
Wiedząc, że w końcu nadejdzie czas
Że wezwie ją do góry, że odejdzie w dal...

- Dasz radę Liz. - powiedział, a ja odpaliłam ostatniego papierosa.
- Jak zawsze. - odparłam - Chcę być sama.
- Nie zostawię cię.
- James daj mi spokój.
- Liz zobaczysz jutro będzie lepiej.
- Nie będzie!
Wstałam i odeszłam. Chodząc po mieście w końcu natrafiłam na Erica i 1D. Minęłam ich tylko.
- Liz co jest? - spytał zatrzymując mnie mój menadżer. Pociągnął nosem - Paliłaś?
- Wyjarałam całą paczkę. Zadowolony? - odparłam i wyrwałam się.
Chciałam iść dalej ale drogę zagrodził mi Zayn.
- Co wy się zmówiliście? Dajcie mi święty spokój!
Chciałam go minąć, ale mocno złapał mój nadgarstek.
- Boli! - warknęłam.
Poluźnił nieco uścisk, ale nie puścił. Wewnątrz mnie toczyła się walka. Teraz były dwie Liz. Jedna - Liz - chciała być sobą. Pogodną dziewczyną, która sprawiała, że ludzie się uśmiechali. Ale druga - Elizabeth - chciała stać się oschła. Żeby nikt jej nie zranił. Żeby nikt się nie dowiedział jak bardzo cierpi. Te dwie silne osobowości walczyły ze sobą. Na razie wygrywała ta druga.

Prawda była taka, że sobie nie radziłam. Miałam dość tego co się dzieje. Na próżno próbowałam się wyrwać z uścisku Mulata. Nie pozwolił mi na to. Po chwili byliśmy w moim domu. Oczywiście weszli ze mną. Chcieli pilnować mnie do rana. Zaszyłam się w swoim pokoju. Usiadłam na miękkim łóżku i zaczęłam płakać.












_________________________________________
Wim, że krótki i nic się nie dzieje, ale wszystko powoli. ;) Piszcie jak może się to skończyć: Liz popadnie w nałogi czy nie?
1 piosenka: Justin Bieber - Overboard
2 piosenka: Ola - Jej ostatni rok

Rozdział 1

W pokoju do nagrań zauważyłyśmy One Direction.
- Co oni tu robią? - spytała Jami.
- Chcą z wami zaśpiewać jedną piosenkę do albumu. Wiecie jaki to zysk? - powiedział uradowany nasz menadżer.
Spojrzałyśmy po sobie.
- Nie zgadzamy się. - powiedziałam.
- Co?! - jego zdziwienie nie miało końca - Nie przepuszczajcie takiej szansy!
- Ale nam nie chodzi o kasę! - powiedziała podniesionym głosem moja przyjaciółka.
- Tu chodzi o samą muzykę Eric, powinieneś coś wiedzieć na ten temat! - dodałam.
Wyszłyśmy nieco złe ze studia. Zdecydowanie nie trafił z niespodzianką. Usiadłyśmy na murku pod drzewem.
- Co to za pomysł? - zwróciła się do mnie Jasmin.
- On nie wiedział, że my nie chcemy zysku z muzyki. Nie powinnyśmy aż tak na niego naskakiwać. - mruknęłam.
- Masz rację. Musimy go przeprosić.
Obie nie chętnie poszłyśmy w kierunku powrotnym. Eric siedział za laptopem. Nie widział jak przyszłyśmy.
- Eric? - powiedziałam to dość niepewnie.
Spojrzał na nas.
- Chcemy cię przeprosić. Nie powinnyśmy tak naskakiwać. - Jasmin spuściła wzrok.
- W porządku dziewczyny. - odparł z uśmiechem i przytulił nas jak starych przyjaciół - To powiedzcie czy jest dla was muzyka? - usiadł.
Zrobiłyśmy to samo.
- Jest stylem życia. Chcemy ją dawać ludziom, którzy tego potrzebują. - Jami rozweseliła się.
- Czymś jeszcze? - wpatrując się we mnie uniósł brew.
- Jasmin... - szepnęłam.
- Jasne. Tylko bądź za godzinę. Zrobię coś do jedzenia. - pożegnała się i poszła.
Nastała cisza. Eric nie chciał naciskać, ale wiedziała, że chce się dowiedzieć. Muszę mu zaufać. W końcu dużo czasu z nim spędzimy.
- Jak chodziłam do podstawówki byłam wyśmiewana. Rówieśnicy ganiali za mną krzycząc, że jestem brzydka i gruba. Potem poszłam do innego gimnazjum. Ponieważ byłam zamknięta w sobie inni zmyślali o mnie historie: że jestem kosmitką, albo z domu dziecka. Na początku pierwszej klasy tata zachorował i zmarł. Wtedy nie nadawałam się już do niczego. Cały czas tylko płakałam. To wszystko wydawało mi się nie w porządku. A kiedy ktoś mnie pocieszał myślałam tylko: "Jak mam się cieszyć? Straciłam tatę i nie mam już z kim rozmawiać." Mama widziała, że coś jest nie tak. W końcu zaczęłam wyrażać moje uczucia rysunkami. Nie był to trafiony pomysł. Zaczęłam słuchać muzyki i śpiewać. Nie wiedziałam, że jest ona tak pomocna. Jednak. Wszystkie problemy rozwiązały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Śmierć taty tak nie bolała, stałam się odważniejsza. Zaczęłam rozmawiać. Poznałam Rose i Jasmin. Od tamtej pory moje życie totalnie się zmieniło. Zaczynałam cieszyć się tym co mam, a nie płakać nad tym co straciłam. Muzyka jest dla mnie ważna. Chcę po prostu pokazać innym jak można sobie pomóc. Do tego nie są potrzebne uzależnienia. Tylko ktoś kto cię wesprze. Nie miałam kogoś takiego. Ale chcę pomagać innym.
Widziałam, że nie wie co powiedzieć.
- Przykro mi. - wydukał.
- W porządku. Chcę tylko dzielić się muzyką i pomagać innym.
- Ale koncerty? Co jeśli będziecie miały trasę? Musicie mieć z czego. Koncerty. Bilety za darmo?
- Nie. Chcę móc dzielić się z innymi. Koncert będą płatne, ale będą w przystępnych cenach. I cześć zysków chciałybyśmy oddawać na chore dzieci. Co ty na to?
- Wiesz, że w mediach zrobi się głośno, że chcecie się tak wypromować.
- Niech mówią co chcą. Mnie to nie interesuje. Te dzieci potrzebują pomocy.
- To prawd. - odparł i uśmiechnął się - Cieszę się, że z wami pracuję.
- Ja również. - odwzajemniłam jego gest - Muszę się zbierać, bo Jami mnie zabije.
- Leć. Ale może jednak zaśpiewacie z nimi co? - zrobił proszącą minę.
Zaśmiałam się.
- Zastanowię się. Na razie.
Szybko wyszłam z budynku. Przed nim stał duży bus. Zapewne One Direction. Raczej na pewno. Koło niego stała Perrie. Spojrzała na mnie mało przyjaźnie. Na ekranie wydawała mi się miła i promienna. Czemu taka nie jest? Bywa. Moje rozmyślenia byłam zmuszona przerwać. Wpadłam na kogoś. Niestety przewróciłam się i wpadłam w kałużę.
- Przepraszam. - powiedział Louis ale wiedziałam, że nie może powstrzymać śmiechu.
- W porządku. - odparłam.
Złapałam jego rękę i po chwili stałam na dwóch nogach.
- Wyglądasz komicznie. - roześmiał się.
- Dzięki chodź to słaby komplement. - również zaśmiała się.
- Czemu nie chcecie z nami śpiewać? - wypalił nagle.
Zdziwił mnie trochę bezpośredniością.
- Długa historia. Wybacz, ale nie mam czasu, żeby ci ją opowiedzieć.
- Kolejny raz zbywasz mnie tym samym tekstem.
- Wybacz. Taka już jestem.A tak naprawdę to Jami mnie zabije jak nie wrócę do domu na czas.
- Ja wbiję do was dzisiaj wieczorem i sobie pogadamy.
- Skąd wiesz gdzie mieszkamy? - zmarszczyłam czoło.
- Nie wiem. Oczekuję że dasz mi adres. - zaśmiałam się z jego poważnej miny.
Szybko dałam mu mój numer telefonu i biegłam do domu. Po chwili byłam na miejscu. Było już koło 9. Czyli, że jednak Jasmin mnie zabije. Miałam być o 8:00.
- Jasmin? - spytałam wchodząc.
Było zbyt cicho jak na nią. Zajrzałam do salonu. Przeraziłam się. Poczułam mocny uścisk w żołądku i w gardle.
- Jami! - natychmiast podbiegłam do niej.
Leżała na ziemi. Była bardzo blada. Sprawdziłam tętno. Żyje. Szybko zadzwoniłam po pogotowie. Żeby tylko nic się jej nie stało.

                                                                          * * *

Siedziałam przed salą, w której leżała Jasmin. Nie mogłam już tego wytrzymać. Zaczęłam chodzić w prawo i w lewo. Po chwili wyszedł lekarz.
- Panie doktorze! - podbiegłam do niego - Co z nią? - spojrzałam przez szybę na nieprzytomną Jami.
- Kim jest pani dla pacjentki?
- Najbliższą osobą tutaj.
- Dobrze. - westchnął i uśmiechnął się ciepło - Pani przyjaciółka musiała zemdleć. Nie wiemy dlaczego. Uderzyła się głową o stół, ale to nic poważnego. Przetrzymamy ją kilka dni na obserwacji.
- Dziękuję.
Weszłam do niej. Spała. Postanowiłam przy niej posiedzieć. Po chwili otworzyła oczy i uśmiechnęła się.
- Nie strasz mnie. Nawet nie wiesz jak się bałam. - powiedziałam odwzajemniając jej gest.
- Zrobiło mi się słabo, a potem... Nie pamiętam. - odparła.
- Ale jesteś zdrowa? Nie zataiłaś przede mną niczego?
- Nie. - zaśmiała się - Nie udało by mi się to.
- Raczej. Powinnaś odpocząć. Prześpij się. Wpadnę później.
- Ok. Na razie.
Kiedy byłam poza salą spojrzałam jeszcze na nią. Już usnęła. Szybko wyszłam ze szpitala. Poszłam jak najszybciej do Erica. Miałam nadzieję, że znajdę go w studiu. Weszłam do sali, ale był tam menadżer One Direction.
- Przepraszam, wie pan może gdzie jest Eric? - spytałam szybko.
- Przykro mi nie wiem. Za pewne w domu. Ma zjawić się tu za pół godziny i powiedzieć co wymyśliły te jego gwiazdeczki. - zaśmiał się.
- Bardzo zabawne. Z takim nastawieniem ma pan to jak w banku, że nie zaśpiewamy z chłopcami.
Dopiero teraz na mnie spojrzał, ale ja odwróciłam się i wyszłam przed studio. Wzięłam głęboki wdech żeby się uspokoić. Usiadłam na murku. Podciągnęłam nogi do klatki piersiowej i objęłam je ramionami. Cicho zaśpiewałam kawałek piosenki, która (wydawało mi się) pasowała akurat do mojej sytuacji:

Och, czy zostaniesz ze mną?
Jesteś wszystkim czego potrzebuje,
To nie jest miłość, to oczywiste
Ale kochanie zostań ze mną...

- Ślicznie śpiewasz. - powiedział z uśmiechem blondyn podchodząc.
Prychnęłam. Widziałam, że nie wiedział czemu. Usiadł obok. Nie patrzyłam na niego. Zadzwonił mój telefon. Nie wiedziałam kogo to numer.
- Tak? - odebrałam.
- Liz, miło cię słyszeć. - powiedział męski głos.
W pierwszej chwili nie poznałam go, ale to był...
- James! - uradowana aż wstałam. Uśmiech sam wkradł mi się na twarz - Skąd masz mój numer?
Zmieniłam kiedy zmieniałam telefon.
- Tak jakoś przypadkiem. Jesteś wielką gwiazdą. Znajdziesz dla mnie chwilę?
- Jasne. Wiesz aż tak wielką gwiazdą nie jestem.
- Jest tam koło ciebie Jami?
- Nie. Wylądowała w szpitalu.
- Co się stało? - wystraszył się.
- Zemdlała. Kilka dni będą ją trzymać. A ty gdzie jesteś?
- W Londynie skarbie. - rozłączył się.
Po chwili podjechał czarnym motorem. Podbiegłam do niego i mocno go uściskałam.

- Tęskniłam za tobą.
- Ja też. - odparł - Co porabiasz w Londynie?
- Jestem tu żeby trochę śpiewać. Pośpiewasz ze mną? - uśmiechnęłam się do niego.
- Przecież wiesz, że nie potrafię.
- Przecież wiem, że kłamiesz. - dałam mu sójkę w bok.
- Ał. - odparł.
Zauważyłam Erica. Podbiegłam do niego, a wraz ze mną podszedł do niego Niall. Mężczyzna nieco zdziwiony spojrzał na mnie.
- Co tu robisz? - spytał.
- Przyszłam powiedzieć, że Jasmin wylądowała w szpitalu. Nie będzie mogła przychodzić przez kilka dni. Musi zostać na obserwacji.
- Ok. Rozumiem. - spochmurniał - A będziecie śpiewały z chłopakami? - wskazał na Nialla, który uśmiechnął się.
- Nie wiem czy wiesz - zwróciłam się do Erica - Ale podobno jesteśmy "gwiazdeczkami". Więc wątpię aby coś z tego wyszło. Do zobaczenia.
Zostawiłam ich obu w zakłopotaniu. Obaj nie wiedzieli o co chodzi. Eric nie długo się dowie. Razem z Jamesem pojechaliśmy do Jami lecz ona spała. Nie chcieliśmy jej budzić więc czekaliśmy na korytarzu. Poszliśmy po kawę. Usłyszałam rozmowę pielęgniarek.
- Dzieci są takie zawiedzione.
- Tak... Szkoda, że ten klaun nie przyjdzie.
- Miały by chociaż chwilę ucieczki od chorób.
I mi i Jamesowi zrobiło się szkoda dzieci. Postanowiliśmy pomóc.
- Przepraszam. - zwrócił się do kobiet - A czy my moglibyśmy posiedzieć z dziećmi?
Po chwilowym zastanowieniu zgodziły się. Poszliśmy na oddział dziecięcy. Od razu podbiegły do nas maluchy, które mogły. Inne siedziały na wózkach, albo przy stolikach i były nieco smutne.
- Mam dla was niespodziankę. - powiedziałam, a wszystkie twarze się uśmiechnęły - Kto lubi śpiewać?
- Ja! - chórem odpowiedziały wszystkie.
- To proszę siadać. Zrobimy sobie wspólny koncert. - powiedział James.
Dzieci go lubiły. To było widać. Na początku chcieliśmy je trochę z nami poznać. Każdy (łącznie z nami) miał zaśpiewać swoje imię. Spodobało im się to i nawet te dzieci, które wcześniej wydawały się smutne przyłączyły się. Potem śpiewaliśmy razem piosenki. Jedna nawet wyszła nam ładnie - Twinkle Twinkle Little Star. Dzieciom strasznie się podobało i gdy godzinę później powiedzieliśmy, że musimy iść - nie chciały nas puścić.
- Przyjdziecie jeszcze? - spytała mała dziewczynka podchodząc do nas.
- Oczywiście że tak. - odparł James - Zawsze wracamy do wspaniałych osób. - blondyneczka uśmiechnęła się.
Jasmin akurat się obudziła. Opowiedziałam jej to co wydarzyło się w studiu i jak bawiliśmy się z dziećmi. Spędziliśmy razem dobre trzy godziny i dopiero poszliśmy do mnie. Postanowiłam przenocować Jamesa. Zjedliśmy coś.
- Pójdziesz pośpiewać ze mną? - zrobiłam słodką minkę.
Zaśmiał się.
- Twoim oczom nigdy nie mogłem się oprzeć. - mrugnął do mnie.
Wzięliśmy gitary i poszliśmy do parku. Było sporo ludzi którzy chcieli nas posłuchać.









_________________________________________
Mam nadzieje, że wam się podoba. Akcja rozkręci się za jakiś czas. Ale na razie Przyjechał James. Już się coś dzieje. Jak myślicie - Kim on jest dla dziewczyn? ;)

Piosenka to: Sam Smith - Stay with me

piątek, 10 października 2014

Prolog

Z jeden strony chciałabym znowu być sześciolatką przytuloną do rodziców. Beztroskim dzieckiem, które z każdym problemem może do ich iść. Chciałabym znów móc marudzić, bo nie chcę rano wstawać, albo nie chcę dzisiaj płatków kukurydzianych, tylko czekoladowe. Z tej strony nadal chcę móc myśleć, że kiedy zgaszę światło przychodzą złe stwory, ale wystarczy tylko mama, lub tata, żeby je odgonić do ich świata.
Ta druga stron jest zupełnie inna. Chcę tworzyć siebie na nowo. Chcę w końcu poznać prawdziwą miłość. Chcę żeby to co robię docierało do każdego, żeby ludzie zrozumieli, że trzeba umieć cieszyć się wszystkim. Chcę im pokazać to tym co robię. Tylko to trudniejsza część mojego życia.
                                           
                                                                         * * *

- W końcu! - powiedziała zadowolona Jasmin i głośno wciągnęła powietrze.
Tak. Londyn. To właśnie tu mamy rozwinąć naszą karierę. Poznać wspaniałe osoby i podążać własny ścieżkami.
- Halooo? Liz?! - spojrzałam na krzyczącą przyjaciółkę - Ty jak zawsze odleciałaś.
- Przepraszam. - mruknęłam - Tak standardowo.
- Ta... Zdążyłam się przyzwyczaić.
Kiedy spojrzała w moje oczy obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Wsiadłyśmy do taksówki i pojechałyśmy do naszego nowego mieszkania. Było to mały domek. Mieszkałyśmy na razie we dwie. Mieszkanie posiadała dwie łazienki, trzy pokoje, kuchnie z jadalnią i salon. Tyle nam było potrzebne. Zostawiłyśmy rzeczy w naszych pokojach i wyszłyśmy z domu.
Ja i Jasmin śpiewamy. Lubimy to i tyle. Zawsze wszyscy nam mówili, że nie mamy talentu. Tak naprawdę te wszystkie lata, które spędziłyśmy na zdzieraniu gardła pomogły nam w uzyskaniu naszego głosu. Chodź śpiewałyśmy inaczej to jednak tak samo. Nie chciałyśmy koniecznie żyć muzyki. Chciałyśmy dawać ją tym którzy chcą nas słuchać. Obie grałyśmy na gitarach. Postanowiłyśmy zacząć od parku w Londynie. Zjawiłyśmy się tam. Obie zaczęłyśmy grać. Przyciągnęłyśmy uwagę przechodniów. Podchodzili i zaczynali słuchać. Tak po prostu. Byli ciekawi. Takie rzeczy chyba często nie miały tu miejsca.
Zaczynała Jasmin:
Moja mama powiedziała mi, że powinnam się leczyć
Zapytałam lekarza:Czy możesz dowiedzieć się co jest ze mną nie tak?
Nie wiem, dlaczego chcę być z każdym facetem którego poznaję
Nie umiem tego kontrolować, tak, to przejmuje nade mną władzę

Razem:
Szaleję,
Nie mogę tego znieść

Ja:
Więc powiedz mi co powinnam zrobić?

Razem:
On powiedział: Hej!
Jest dobrze!
Czy to sprawia, że czujesz, że żyjesz?
Nie patrz wstecz
Żyj swoim życiem
Nawet jeśli to tylko na dzisiejszy wieczór
On powiedział: Hej!
Jest dobrze!
Jeśli to sprawia, że czujesz, że żyjesz

Ja:
Poszłam na imprezę tuż po rozmowie z lekarzem
Poznałam chłopka, wylądowaliśmy na balkonie
Wyszeptałam mu do ucha słowa, których nie mogę powtórzyć
Powiedział "zgoda", chodź martwił się tym co pomyślą jego znajomi.

Razem:
On powiedział: Hej!
Jest dobrze!
Czy to sprawia, że czujesz, że żyjesz?
Nie patrz wstecz
Żyj swoim życiem
Nawet jeśli to tylko na dzisiejszy wieczór
On powiedział: Hej!
Jest dobrze!
Jeśli to sprawia, że czujesz, że żyjesz

Skończyłyśmy. I tak zrobiłyśmy skróconą wersję. Dostałyśmy głośne oklaski. W oddali zauważyłam dwie postacie w kapturach, które uśmiechały się. Było lato. Kaptur to kiepskie przebranie.
- Patrz. - mruknęłam cicho do Jasmin.
Zauważyła ich.
- Zedrzemy im banany z ust? - spytała szczerząc się do mnie.
- Może innym razem. - odparłam zbierając się - Musimy wpaść jeszcze do studia. Pamiętasz?
- Oczywiście, że zapomniałam. - roześmiałyśmy się obie.
Schowałyśmy gitary.
- Dacie nam swoje autografy? - spytały dwie może dziesięciolatki.
Miału urocze uśmiechy.
- Jasne. - odparłyśmy.
Zrobiłyśmy sobie z nimi kilka zdjęć i dałyśmy im autografy. Po chwili odeszły. To było dla nas coś nowego. Na ulicach naszego małego miasteczka w którym mieszkałyśmy do tej pory (w Polsce) nikt nie prosił nas o autograf.
- My też chcemy autografy. - powiedział znajomy głos.
Odwróciłyśmy się przodem do dwóch "tajemniczych postaci".
- Wybaczcie chłopaki nie mamy czasu. - powiedziała Jasmin.
- Nawet pięciu minut? - spytał chyba blondyn.
- Nawet bo już jesteśmy spóźnione. - odparłam - Pa.
Biegłyśmy ile sił. To miało być nasze pierwsze spotkanie w studio i spóźnienie. Kiepsko. Chciałyśmy zrobić dobre wrażenie. Po chwili zdyszane wpadłyśmy do odpowiedniej sali. Spojrzał na nas zdziwiony mężczyzna.
- Niezłe tempo dziewczyny. - uśmiechnął się.
Spojrzałyśmy po sobie. Odwrócił w naszą stronę laptopa. Były wiadomości. Byłyśmy w telewizji. Moja buzia nie chciała się zamknąć.
- Przepraszamy za spóźnienie. - wydukała w końcu Jasmin odwracając z trudem wzrok od ekranu.
Ja również przeniosłam wzrok na mężczyznę.
- Eric Montess. - przedstawił się.
- Miło nam. - odparłam.
- Jeśli chcecie możecie spróbować nagrać jakąś piosenkę. Musicie oswoić się ze sprzętem. A za godzinę musimy zwolnić salę, bo One Direction mają próby. To co zaczynamy?
- Tak. - odparła Jasmin.
Przeszłyśmy za zaszkloną ścianę. Dzisiaj chciałyśmy nagrać Jamesa Arthura - Impossible. Nie wiedziałam, że jest to takie trudne. Musiałyśmy robić z milion poprawek. I nie udało nam się do końca dobrze zaśpiewać.
- Macie jeszcze problem. Ale to nic. Ile razy w tygodniu chcecie ćwiczyć? - Eric zbierał swoje rzeczy i stanął przed nami.
- Trzy. - odparłyśmy zgodnie.
- Ok. Trzymajcie się. - krzyknął na odchodne.
My również zebrałyśmy swoje rzeczy i ruszyłyśmy do wyjścia. Jednak doszły nas jakieś odgłosy. Ktoś rozmawiał. Dość głośno.
- Znowu się spóźniliście! - ach.
Menażer 1D. Urocza pogadanka o odpowiedzialności. Powoli wycofałyśmy się, ale w drzwiach wpadłyśmy na kogoś. Wszystkie trzy upadłyśmy.
- Uważajcie trochę! - powiedziała zła... Perrie Edwards?
Stop. Miałam tu poznać pozytywnych i miłych ludzi, a nie naburmuszonych. Wstałyśmy. Ona nic do nas nie powiedziała. Zero. Nawet nie uśmiechnęła się. Tylko odeszła.
- No tak. Te gwiazdy. - Jasmin odgarnęła teatralnie włosy.
- Myślą tylko o jednym. O sobie. - dokończyłam.
Po trzydziestu minutach znalazłyśmy się w domu. Wzięłam szybki prysznic. Byłam okropnie zmęczona. Po chwili obie z Jasmin spałyśmy.
Obudził mnie telefon. Odebrałam w połowie przytomna.
- Elizabeth wstawajcie. Mam niespodziankę. - podekscytowany Eric mówił całkowicie obudzony.
- O 4 rano? - oburzyłam się trzeźwiejąc.
- Za pół godziny w studiu. - rozłączył się.
Obudziłam Jami i szybko coś zjadłyśmy. Wręcz biegłyśmy do studia, bo zżerała nas ciekawość. Tylko, że Eric nie trafił do końca z niespodzianką. 








____________________________________________
Wiem, że nie jest jakoś super długi, ale zabiorę się za 1. ;) tak właśnie o takim temacie będzie blog :D