niedziela, 19 października 2014

Rozdział 4

Nie chciałam nikogo martwić. Jednak ktoś zawsze był ze mną. Nawet jeśli byłam "sama". Wiedziałam, że myślą,  że coś sobie zrobię. Ale odkąd miałam ten dziwny sen. Słyszałam tylko głos który mi szepnął: Masz dla kogo żyć. Od tamtej pory nie myślę o niczym innym jak mamie. Postanowiłam to zrealizować. Jeśli ma być to moja ostatnia szansa żeby ją zobaczyć to chcę. Bardzo ją kocham, a kiedy tylko myślę, że mogę ją stracić - usilnie wypieram to z mojej głowy. Tak więc kiedy wynegocjowałam to, że zostaje sama w domu spakowałam się. Zadzwoniłam do Erica gdy szłam na lotnisko.
- Cześć Eric. - przywitałam się.
- Hej. Co porabiasz?
- Wyjeżdżam.
Usłyszałam jak czymś pluje. Była to pewnie kawa, albo coca cola. Mniejsza. On musi wiedzieć.
- Dokąd? Jak? Dlaczego? Nie pozwalam ci! - zasypał mnie pytaniami.
Potarłam ręką czoło. Powiedz mu wszystko po kolei Liz. Spokojnie.
- Chcę jechać do Polski do mamy. Obiecuję że wrócę. Nie mów i m tylko.
- Ok. Powodzenia Liz.
- Dzięki.
Na odprawę zdążyłam w ostatniej chwili. Po chwili byłam w samolocie. Wielokrotnie dzwoniły do mnie dziewczyny. Chłopcy też. Najwięcej chyba jednak dzwonił do mnie Malik. Przez cały czas odkąd znalazłam się w samolocie myślałam o nim. Ciągle widziałam przed oczami jego uśmiech i czekoladowe oczy. Czułam pewną pustkę. Nie będę widzieć go kilka dni. Ale dlaczego się tak czułam? Przecież on mi pomógł i był moim dobrym kumplem...
Stałam na plaży. Był cudowny zachód słońca... Niebo błyszczało purpurą, pomarańczem i mieniło się złotem. Poczułam ciepły powiew powietrza. I nagle objęły mnie silne ramiona. Poczułam delikatny pocałunek na moi policzku.
- Kocham cię... - mruknął mi do ucha... Zayn.
Obudziło mnie ogłoszenie o lądowaniu. Pamiętałam cały sen, oprócz osoby, którą był ten mężczyzna... Po chwili byłam na miejscu. Nie wiedziałam gdzie może być mama ale żegnałam się w nią w szpitalu więc tam ruszyłam najpierw. Kiedy byłam coraz bliżej tego miejsca moje serce waliło coraz mocniej. W końcu wysiadłam. Zabrałam swoją walizkę. Szłam powoli parkingiem. Wahałam się... Po chwili usłyszałam:
- Liz?
Znałam tak dobrze ten głos. Gwałtownie odwróciłam się i szybko odgarnęłam włosy z mojej twarzy. Mama!
- Mama! - krzyknęłam i podbiegłam do niej.
Mocno ją przytuliłam. Pogłaskała mnie po włosach. Była tu. Stała na własnych nogach i mocno mnie przytulała. Nie wierzyłam, że coś takiego kiedykolwiek się zdarzy. Byłam tak bardzo szczęśliwa.
- Co tu robisz Kochanie? - spytała odgarniając pasemko moich włosów za ucho, a ja uśmiechnęłam się.
- Przyjechałam do ciebie.
- Moja mała córeczka... - przytuliła mnie ponownie.
Kiedy słyszałam jej serce od razu czułam się lepiej.
- Jak się czujesz? - spytałam łapiąc walizkę i podążając za nią.
- Wygrywam z chorobą. Lekarze mówią, że jest co raz lepiej. Ja również czuję się bardzo dobrze. I... - zawahała się - Jestem w ciąży.
To wszystko na raz oszołomiło mnie. Lecz moje szczęście nie miało granic. Kolejny raz wpadłam w jej ramiona.
- Tak się ciesze. - powiedziałam uradowana.
Ona tylko odwzajemniła uścisk. Pojechałyśmy do naszego domu. Kiedy robiłyśmy coś do jedzenia zadzwonił mój telefon; Malik. Westchnęłam i odrzuciłam połączenie. Tak bardzo za nim tęskniłam. Ale z drugiej strony - nie powiem mu gdzie jestem. Będą chcieli przylecieć. Nie. To nie wchodzi w grę.
- Czemu nie odbierzesz? - mama przyjrzała mi się uważnie krojąc ogórka.
- To nic ważnego. - uśmiechnęłam się lekko.
- Lizi nigdy nie umiałaś kłamać. Oddzwoń. Na pewno się martwią.
- Skąd...? - uśmiechnęłam się lekko.
- Znam cię już trochę córciu. - odwzajemniła mój gest.
Poszłam do mojego starego pokoju. Stałam i nerwowo wybijałam rytm palcami na stoliku. Wybrałam numer. Moje serce zaczęło bić mocniej. Chłopak prawie od razu odebrał. Nie wiedziałam co powiedzieć. Przeczesałam włosy ręką.
- Liz, jesteś tam? - odezwał się pierwszy, a kamień spadł z mojego serca.
Nadal jednak odczuwałam pewien rodzaj strachu.
- Tak. - powiedziałam cicho patrząc w podłogę.
- Nawet nie wiesz jak oni się martwią. Jak ja się martwiłem. - powiedział z ulgą - Gdzie jesteś? Co się stało? Nikomu nie powiedziałaś...
- Spokojnie. - usiadłam na łóżku - Nie jestem daleko od was. Musiałam coś załatwić. Podziękuj Ericowi. Ale nie wypytujcie go. Wie tylko że wyjechałam. Nic więcej.
- Dlaczego mi nic nie powiedziałaś?
- Bo wiedziałam, że będziesz chciał mnie zatrzymać. Wy wszyscy myślicie, że chcę się zabić, to nie prawda! - uniosłam się lekko, lecz po chwili mi przeszło - Przepraszam.
- Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że chcesz sobie odebrać życie. Lecz dobrze wiedzieć, że nie chcesz. - byłam pewna, że się uśmiecha - Co u ciebie?
Nasza rozmowa zaczęła wyglądać normalnie. Nie powiedziałam gdzie jestem, ani z kim. Ale opowiadałam jak się czuję. On również mówił co u nich słychać. Miło było posłuchać. W końcu po godzinnej rozmowie pożegnaliśmy się. Kiedy weszłam do kuchni mama całowała się z pewnym mężczyzną. Uśmiechnęłam się pod nosem i usiadłam na krześle czytając gazetę. Po chwili mama powiedziała;
- Już zeszłaś? - widziałam, że jest nieco zmieszana.
- Tak. Nie chciałam wam przeszkadzać. - dodałam - Liz. - przedstawiłam się.
- Wiem. Twoja mama dużo o tobie mówi. Zresztą jak mój syn. Jestem Robert. A to mój syn, Tomek.
Do kuchni wszedł Tomek. Mój były. Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Po chwili podszedł i chciał mnie przytulić. Odepchnęłam go. Byłam zła. To wszystko przez niego. Wszystko! Nigdy wcześniej nie byłam tak wściekła. Ponieważ ostatnio dużo czasu spędzałam mówiąc po angielsku i mama nie znała tego języka wypaliłam (po angielsku):
- Co ty myślisz?! Zerwałeś przez telefon! Jesteś dla mnie nikim! Nigdy nie popełnię tego samego błędu!
Wybiegłam mimo protestów mamy i jego. Była mi tak cholernie ciężko. Teraz kiedy zaczęło mi się układać musiał pojawić się on. To nie sprawiedliwe. Siedziałam w lesie. Długo tam biegłam ale nie czułam nawet zmęczenia. Było dobrze tak jak jest. On znów wszystko zepsuje. Nasi rodzice nawet nie wiedzieli, że jesteśmy razem. Siedziałam oparta o drzewo. Musiałam ochłonąć. Było dość zimno. Objęłam się ramionami. Wybiegłam w samej koszulce na krótki rękaw. Nie chciałam nie szczęścia dla mojej mamy, ale nie będę tolerować Tomka w naszej rodzinie. Dla mnie on nie istnieje. Poczułam coś ciepłego na moich ramionach. Spojrzałam w górę. Był to młody Dębski. Od razu stanęłam na równe nogi.
- Jak mnie znalazłeś? - spytałam zła, nie patrząc na niego.
- Zawsze lubiłaś przesiadywać w lesie.
Znów objęłam się ramionami, bo zrzuciłam z nich ciepłą kurtkę. Niebo mocno się zachmurzyło. Przypominało mi trochę mój nastrój.
- Liz... ja byłem głupi. - podszedł do mnie.
Cofnęłam się dwa kroki. Nie chciałam żeby podszedł do mnie bliżej. Doskonale go słyszę.
- To niestety zawsze była u ciebie cecha wrodzona. - odparłam, a z nieba poleciały pierwsze krople deszczu.
Po chwili mżawka przerodziła się w ulewę. Nie została na mnie ani jedna sucha nitka. Tym bardziej kiedy zawiał wiatr było mi jeszcze zimniej. Próbowałam schronić się pod drzewem - bezskutecznie. Ciepłe ramiona pociągnęły mnie w górę. Po chwili Tomek trzymał mnie na swoich rękach. Nie broniłam się, bo byłam zbyt słaba, a po chwili odpłynęłam.
Poczułam przyjemne ciepło. Dawno tego nie czułam. Otworzyłam powoli oczy. Znajoma kremowa kanapa. Byłam w salonie i leżałam na sofie koło kominka. Było tak cieplutko. Byłam porządnie okryta kocem. Zadzwonił mój telefon. Nie patrząc na wyświetlacz słabym głosem odebrałam;
- Halo?
- Liz, cholera, nie wiesz jak się bałem! Dzwonię do ciebie od 13, a jest 18. - w słuchawce usłyszałam tak znany mi zatroskany,  jednocześnie zły głos Malika.
- Przepraszam. Prawdopodobnie straciłam przytomność.
- Co? - przestraszył się.
- Byłam w lesie. Zaczęło padać. I tak przez to wszystko mam słabą odporność. Chyba się przeziębiłam.
Miałam zatkany nos i nie najlepiej się czułam.
- Ale wszystko w porządku?
- Tak. Nie martw się.
- Kiedy wrócisz? - kiedy usłyszałam tęsknotę w jego głosie byłam gotowa od razu wskoczyć do samolotu, ale nie mogłam.
- Nie długo. Obiecuję. Muszę zostać tu jeszcze trochę.
- Chcę żebyś już wróciła.
- Wrócę. Nie zostawię was. - usłyszałam zbliżające się kroki - Muszę kończyć. Pa.
- Hej.

*Zayn*
Tak bardzo chciałem żeby wróciła. Brakowało mi jej widoku. Tego jak chowa się w moich ramionach gdy się boi. Jej ślicznych oczu i zarumienionych policzków. Tak bardzo za nią tęsknie. Od Erica nie dowiedziałem się za dużo. Nie chciał nic powiedzieć. Mam tylko nadzieje, że Liz wyzdrowieje i jak najszybciej będę mógł ją do siebie przytulić.
- Zayn! Malik! Zayn'ie Jafadd'ie Maliku! - krzyknęła zła Perrie - Jesteś nie przytomny! Co się z tobą dzieje?
Wiesz zakochałem się. Nie powiem jej tego. Ale wiem, że nie mogę tak dalej żyć. To Elizabeth kocham nie ją. Wiem, że to śmiała decyzja ale ja muszę to zrobić. Spojrzałem w jej oczy, które kiedyś przynosiły mi radość.
- Pezz musimy pogadać. - powiedziałem poważnie.
- Zayn nie... - odparła z łzami w oczach.
- Perrie...
- Nie! Kocham cię!
- To nie takie proste. - odparłem i podrapałem się po karku - Nie możemy być razem.
- Nie! Kocham cię! Nie możesz mnie zostawić! A ślub?! Przecież mi się oświadczyłeś! - łapała się wszystkiego, żebym jej nie zostawił.
- Wybacz ale to koniec. Ja nie potrafię dalej tak żyć.
Widziałem teraz nie rozpacz a furię w jej oczach.
- To wszystko przez tą Jasmin, albo Rose tak?! Która chce cię mi zabrać?!
Spuściłem wzrok.
- Nie... Nie powiesz mi, że to ta Liz! To jakiś żart?
- Nie. To koniec. Pogódź się z tym.
Wyszedłem zostawiając ją. Sam nie wiem co myślałem i co myśleć. To było tak cholerni ciężkie.

*Elizabeth*
Do pokoju weszła zmartwiona mama. Kiedy tylko zobaczyła mnie przytomną na jej twarzy zauważyłam ulgę.
- Córeczko! - przytuliła mnie - Tak bardzo mnie wystraszyłaś!
- Nic mi nie jest. - odparłam cicho.
Zdałam sobie sprawę że to nie w jej ramionach chciałabym teraz być. Teraz chciałabym wtulić się w Zayna. Tak jak wtedy kiedy mi pomagał. Tylko przy nim czułam się bezpieczna. Uspokój się Liz! Ile można! On ma kobietę swojego życia. A ty musisz się z tym pogodzić. Obok mamy znalazł się Robert, a w drzwiach oparty o framugę drzwi uważnie przyglądał mi się Tomek.
- Co się stało? - spytał starszy Dębski - Tomek powiedział, że straciłaś przytomność.
- Tak. Ale to nic poważnego. Ostatnio miałam dużo stresu. - spuściłam wzrok - Mamo... - spojrzała na mnie. Nie chcę sprawić jej przykrości. Ale muszę to zrobić - Muszę wrócić do Londynu...




_______________________________________
Wiem, że krótko, ale tworzyłam go z 4 dni. Nie miałam czasu wstawić wcześniej ;) mam nadzieję, że się podoba ;) piszcie komentarze ;)

1 komentarz:

  1. Kolejny świetny rozdział, już z się przyzwyczaiłam :P. To, że rozdział taki krótki mogę Ci jeszcze wybaczyc, ale jeśli jutro nie będzie kolejnego osobiście Cię zatłukę... A wiem gdzie mieszkasz !!!!!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń