- Liz? - usłyszałam znajomy głos za plecami.
Odwróciłam się.
- Co ty tu robisz? - spytałam zdziwiona patrząc na niego.
*Louis*
Chciałem przemówić Malikowi do rozsądku. W końcu się udało. Ja miałem jechać do NY. Ok. Może uda mi się ją ściągnąć do domu. Spakowałem się. Do pokoju weszła Jami.
- Louis uważaj na siebie. - powiedziała cicho.
Widziałem jak jest jej ciężko. Ja też nie chciałem się z nią rozstawać, ale ona wiedziała, że Liz była dla mnie kimś więcej niż znajomą.
- Będę. - mocno ją przytuliłem.
Chcąc ją pocieszyć uśmiechnąłem się.
Odwzajemniła to. Pocałowałem ją.
- Ty też na siebie uważaj. - odparłem i popędziłem na lotnisko.
Na samolot zdążyłem w ostatniej chwili. Przez całą długą podróż tylko myślałem; o Jami; o Liz; o Zaynie i Liz. Nawet jeśli nie chciałem, żeby byli razem nie mogłem nic zrobić. Miałem nadzieje, że im się ułoży. Kurczę, wiedziałem, że coś między nimi jest! Musisz ją znaleźć Lou. Liz musi w końcu poznać prawdę. Przez całe życie była nieświadoma, a od 5 lat okłamywana. To niesprawiedliwe. Nie wiem jak mogli jej to zrobić, ale wiem, że jedno chce to naprawić. Byłem na miejscu. NY był zasypany śniegiem. Było dość jasno, lecieliśmy całą noc. Biały puch sięgał mi prawie do kolan. Widziałem, że odśnieżają, ale czy to coś da, skoro ciągle pada? Od czego mam zacząć? Nie wiem gdzie oni są. Zadzwoniłem do Ed'a.
- Cześć. - przywitałem się.
- Hej, Louis. Czemu dzwonisz tak wcześnie? A... inna strefa czasowa. Zapomniałem.
- Nie. Nie o to chodzi. Jestem w NY. Muszę porozmawiać z Liz. Jest gdzieś obok?
- Nie. Wieczorem jej nie było, a jak rano się obudziłem zostawiła mi kartkę, że mam się nie martwić i że wyprowadza się z hotelu.
Co ona kombinowała? Jak by chwilę nie mogła zostać w jednym miejscu!
- Ok. Dzięki Ed. Do zobaczenia.
- Trzymaj się stary.
Odłożyłem telefon do kieszeni. Liz utrudnia mi znalezienie się jak to tylko możliwe. Poszedłem do pobliskiej kawiarni. Byłem głodny, w samolocie nic nie jadłem. Zamówiłem gorącą kawę i tosta z serem. Usiadłem przy oknie. Obok mnie przeszła znajoma sylwetka. Przy następnym stoliku usiadła Liz. Ale masz szczęście Louis!
- Liz. - zawołałem ją.
Dziewczyna nieufnie podeszła i usiadła obok mnie.
- Jesteś sam? - spytała.
- Tak. Liz, wiem, że nie będziesz chciała ale wróć ze mną do Londynu.
- Co? Nie. Louis tak jest dobrze. Zayn będzie miał szczęśliwą rodzinę, a ja zacznę nowe życie tutaj.
- Mówiąc tutaj masz na myśli kawiarnię? - zaśmiałem się cicho.
Spiorunowała mnie wzrokiem.
- Przepraszam. - mruknąłem - Słuchaj nie przyjechałem tu tylko po to, że Zayn chciał, żeby cię ściągnąć. Poza tym Perri nie jest z nim w ciąży. Jami słyszała jej rozmowę.
Widziałem zrezygnowanie na jej twarzy.
- Louis widziałam jej USG. Jest w ciąży bez wątpienia. Dlaczego jeszcze przyjechałeś po mnie?
Ups... Co mam jej powiedzieć? Myśl Lou. Myśl!
- Musisz czegoś dowiedzieć się o swoich rodzicach.
- Wiem wszystko. Tata nie żyje od 5 lat a mama ma narzeczonego w Polsce.
Pokręciłem głową. Ona nic nie rozumiała. To nie było takie proste.
- Liz twój ojciec żyje. - zdziwiłem ją.
- Skąd to wiesz? Jakim cudem? Byłam na jego pogrzebie. - popatrzyła w ziemie.
To musiało być dla niej trudne. Dowiedzieć się po tak długim czasie, że jednak ktoś kto "umarł" żyje... To brzmi jak dobry żart, ale nim nie jest.
- Znam go. Po prostu. Zaufaj mi i wróć do Londynu.
- Lou teraz nie mogę. Muszę przez dwa tygodnie nagrać kilka piosenek, a potem wracam do domu na święta. Obiecałam mamie. Przykro mi... ja... muszę to przemyśleć.
Rozumiałem ją doskonale.
- W porządku. Liz nie śpiesz się, ale daj mi odpowiedź po świętach.
- Ok. Dzięki, że nie naciskasz Louis.
- Nie masz za co. Od czegoś ma się przyjaciół nie?
Przytuliłem ją. Tylko, że jesteś...
- Na razie. - powiedziała.
- Pa Liz. - odparłem cicho.
*Elizabeth*
Całe dwa tygodnie musiałam wcześnie wstawać. O 6:00 musiałam być na nagach. Dzisiaj ostatni dzień. Wypiłam ciepłą herbatę i ruszyłam do studia. Kolejny kawałek dzisiaj. Sponsor chce wydać moją płytę. Cieszyłam się z tego. W końcu stanę na nogi. Przywitałam się ze wszystkimi. Stanęłan przy mikrofonie;
Mówisz o miłości
To śmieszne
Tyle przeżyliśmy
Jednak daleko od siebie
Każdego ranka pięknie kłamałeś
Każdej nocy znowu do tego wracałeś
Nasze życie to nie bajka
Nie będę twoją Julią
Nie będziesz moim Romeo
Już dawno straciliśmy to
Co codziennie widze po drugiej stronie lustra...
Spójrz co ze mną zrobiłeś
Nie jestem zdolna do miłości
Całe moje myśli są zajęte tobą
Chcę rozłożyć skrzydła i wzbić się w powietrze
Jednak jeśli tego chcę mogę
Ale tylko z tobą
Tak wyglądało ostatnie 14 dni. Śpiewanie na pełnych obrotach. Ale uwielbiałam to. Po skończeniu pożegnałam się z całą ekipą. Rozeszli się do domów, a ja zostałam sama z moim sponsorem.
- Myślę że płyta będzie gotowa za kilka dni. - powiedział z uśmiechem - Masz wielki talent Liz. Nie zmarnuj tego.
- Dzięki Eric. - odwzajemniłam jego gest - A co u reszty? Jami coś nagrywa?
- Tak. Ale nie pali jej się. Chyba chce zrezygnowac.
Zdziwiłam się. Przecież ona od zawsze marzyła o śpiewaniu.
- Dlaczego? - usiadłam na przeciwko niego.
- Pomyśl jak często będzie się widywała z Louisem jak oboje będą mieli trasę. Może dlatego. Nie wiem. Ona mi nic nie mówi odkąd wyjechałaś. Tęsknią wszyscy za tobą. Szczególnie... - przerwałam mu.
- Przestań! To zamknięty rozdział. Nie wracam do tego.
Wzruszył ramionami. O co mu chodzi? Przecież wiem wszystko. Nie chcę pozbawic bezbronnego dziecka ojca. To nie jest wina tego maleństwa. Po dłuższym namyśle po prostu wiem że tak musiało byc i tyle.
- Jak chcesz. Ale on nadal cię kocha. Miłych świąt Liz.
Po wypowiedzeniu tych słów zabrał swoje rzeczy i wyszedł zostawiając mnie z moimi myślami...
*Zayn*
Nadal nie mogłem się pogodzic z tym, że ona wyjechała. Musiałem ją znaleźc. Minęły już trzy tygodnie a ja nawet z nią nie rozmawiałem. Cholera weź się w garśc! Został tydzień do świąt. No dobra. 5 dni. Mam pięc dni na to, żeby dowiedziec się gdzie Liz spędza święta. To może nieco ułatwic mi zadanie.
- Zayn! Piosenka Liz leci w radiu! - zawołał mnie Louis z dołu.
Szybko zebrałem się z łózka i zbiegłem po schodach mało co się nie zabijając. Stanąłem jak wryty. Nie wierzyłem... Nie uwierzę jeśli mi powie, że nic do mnie nie czuje, bo to co słyszałem mówiło samo za siebie:
- Tak. Ale nie pali jej się. Chyba chce zrezygnowac.
Zdziwiłam się. Przecież ona od zawsze marzyła o śpiewaniu.
- Dlaczego? - usiadłam na przeciwko niego.
- Pomyśl jak często będzie się widywała z Louisem jak oboje będą mieli trasę. Może dlatego. Nie wiem. Ona mi nic nie mówi odkąd wyjechałaś. Tęsknią wszyscy za tobą. Szczególnie... - przerwałam mu.
- Przestań! To zamknięty rozdział. Nie wracam do tego.
Wzruszył ramionami. O co mu chodzi? Przecież wiem wszystko. Nie chcę pozbawic bezbronnego dziecka ojca. To nie jest wina tego maleństwa. Po dłuższym namyśle po prostu wiem że tak musiało byc i tyle.
- Jak chcesz. Ale on nadal cię kocha. Miłych świąt Liz.
Po wypowiedzeniu tych słów zabrał swoje rzeczy i wyszedł zostawiając mnie z moimi myślami...
*Zayn*
Nadal nie mogłem się pogodzic z tym, że ona wyjechała. Musiałem ją znaleźc. Minęły już trzy tygodnie a ja nawet z nią nie rozmawiałem. Cholera weź się w garśc! Został tydzień do świąt. No dobra. 5 dni. Mam pięc dni na to, żeby dowiedziec się gdzie Liz spędza święta. To może nieco ułatwic mi zadanie.
- Zayn! Piosenka Liz leci w radiu! - zawołał mnie Louis z dołu.
Szybko zebrałem się z łózka i zbiegłem po schodach mało co się nie zabijając. Stanąłem jak wryty. Nie wierzyłem... Nie uwierzę jeśli mi powie, że nic do mnie nie czuje, bo to co słyszałem mówiło samo za siebie:
Spójrz co ze mną zrobiłeś
Nie jestem zdolna do miłości
Całe moje myśli są zajęte tobą
Chcę rozłożyć skrzydła i wzbić się w powietrze
Jednak jeśli tego chcę mogę
Ale tylko z tobą
Cholera, muszę ją znaleźc! Kocham ją. To nigdy się nie zmieni.
- Jami, gdzie Liz spędza święta? - spytałem zdeterminowany.
- Chyba u mamy. W Polsce.
- Jesteś w stanie podac mi dokładny adres? - dociekałem.
Spotkam się z nią. Chcę to wszystko naprawic. To jest ta jedyna. Po prostu to wiem.
- Co ty kombinujesz? - dodał Louis ale go zignorowałem.
*Rosmary*
Z każdym dniem coraz bardziej zbliżałam się do Hazzy. Zaczęłam coraz bardziej dostrzegac jego dobre strony. Siedzieliśmy przytuleni w moim pokoju, odizolowani od innych. Oni wszyscy przejmowali się Liz i Zaynem. Ja wiedziałam, że to wszystko się ułoży. Na to potrzeba czasu. Teraz moje całe myśli zajął Loczek. Nie wiedziałam czemu. Nadal uważałam, że między mną a nim nie ma nic więcej niż przyjaźni. Przynajmniej z mojej strony.
- O czym myślisz? - spytał, a jego ręka błądziła po moich plecach.
- Harry... Czy to wszystko nie zaszło za daleko? - usiadłam na przeciwko niego i spuściłam wzrok.
- Jak to?
Dlaczego nie wie o co mi chodzi? Mógłby trochę ułatwic mi to trudne zadanie.
- No... my. Nie zrozum mnie źle, ale ja nadal... nadal nie wiem czy coś z tego będzie.
Nie wiedziałam jak inaczej mogłabym mu to powiedziec, żeby aż tak bardzo go nie zranic.
- Rose... - mruknął cicho, a po chwili byłam w jego ciepłych ramionach. To ostatnio w tym miejscu czułam się najlepiej - Proszę, nie skreślaj nas jeszcze.
- Nigdy tego nie skreślę. Ale widzisz w tym sens?
Bo ja nie za bardzo. Na razie nie czułam potrzeby angażowania się w jakikolwiek związek.
- Tak. Z każdym dnie coraz bardziej się poznajemy. Z każdym dniem bardziej się w tobie zakochuje. I z każdym dniem widzę, że twoje nastawienie do mnie się zmienia.
- Nie rozumiem.
Co chciał mi przez to powiedziec? Przecież ja... ciągle byłam taka sama. Co on widział we mnie czego ja nie byłam w stanie dojrzec.
- To zrozum. - odparł z uśmiechem.
Złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja nie byłam w stanie się mu oprzec...
*Niall*
Ta... Miłośc wszędzie, nawet na zakręcie. Bo się wykoleiła. Patrząc na to co mnie otacza zastanawiam się czy kiedykolwiek ją znajdę i czy chcę ją znaleźc. To wszystko wydaje mi się nieco dziwne. Na święta jadę do rodziny. Wszyscy chyba tak robimy. Ale później Jami jedzie do Lou, a później Louis jedzie do niej do Polski. Tak samo Liam... Harry i Rose raczej też. Zayn na pewno pogodzi się z Liz. A ja? Jestem sam... Raczej nikt mnie nie zaprosi... Odezwał się mój telefon.
- Halo? - odebrałem zrezygnowany.
- Hej Nialler, tu Liz. - przywitała się wesoło dziewczyna.
Zaskoczyła mnie swoim telefonem, ale jednocześnie rozweseliła.
- Hej, Liz. Co u ciebie? - odparłem wesoło.
- Nic ciekawego. Masz jakieś plany na drugi dzień świąt? Pomyślałam, że może do mnie przyjedziesz. Pokażę ci nieco moje miasto.
Naprawdę? Chciała, żebym przyjechał?
- W sumie... Czemu nie. Brzmi fajnie. To kiedy mam się zjawic?
- Tak! - odparła wesoło - Wiedziałam, że się zgodzisz. Kiedy chcesz. Ale 26 masz byc w moim domu.
- Aj, aj kapitanie.
Zaśmiała się.
- Do zobaczenia.
- Hej Liz.
Zależy komuś na mnie. Ostatnio wszyscy się od siebie odsunęliśmy. Myślę, że święta to czas żeby to naprawic. Tak, Nialler! Ty i te twoje świetne pomysły...
_______________________________________
No to teraz się tłumaczę tak... Eh...
Odpowiedzi na pytania pozostawione pod ostatnim postem pojawiac się będą stopniowo. Ale jak myślicie; co knuje Niall? To będzie coś specjalnego. A i specjalnie na prośbę Ann. Już nie długo blondyn nie będzie samotny, ale więcej nie powiem ;)
A i piszę z kompa na którym nie mogę pisac <- ć
nie chcę mi się tego poproawiac ale mam nadzieje, że się rozczytacie ;) do następnego
Cholera, muszę ją znaleźc! Kocham ją. To nigdy się nie zmieni.
- Jami, gdzie Liz spędza święta? - spytałem zdeterminowany.
- Chyba u mamy. W Polsce.
- Jesteś w stanie podac mi dokładny adres? - dociekałem.
Spotkam się z nią. Chcę to wszystko naprawic. To jest ta jedyna. Po prostu to wiem.
- Co ty kombinujesz? - dodał Louis ale go zignorowałem.
*Rosmary*
Z każdym dniem coraz bardziej zbliżałam się do Hazzy. Zaczęłam coraz bardziej dostrzegac jego dobre strony. Siedzieliśmy przytuleni w moim pokoju, odizolowani od innych. Oni wszyscy przejmowali się Liz i Zaynem. Ja wiedziałam, że to wszystko się ułoży. Na to potrzeba czasu. Teraz moje całe myśli zajął Loczek. Nie wiedziałam czemu. Nadal uważałam, że między mną a nim nie ma nic więcej niż przyjaźni. Przynajmniej z mojej strony.
- O czym myślisz? - spytał, a jego ręka błądziła po moich plecach.
- Harry... Czy to wszystko nie zaszło za daleko? - usiadłam na przeciwko niego i spuściłam wzrok.
- Jak to?
Dlaczego nie wie o co mi chodzi? Mógłby trochę ułatwic mi to trudne zadanie.
- No... my. Nie zrozum mnie źle, ale ja nadal... nadal nie wiem czy coś z tego będzie.
Nie wiedziałam jak inaczej mogłabym mu to powiedziec, żeby aż tak bardzo go nie zranic.
- Rose... - mruknął cicho, a po chwili byłam w jego ciepłych ramionach. To ostatnio w tym miejscu czułam się najlepiej - Proszę, nie skreślaj nas jeszcze.
- Nigdy tego nie skreślę. Ale widzisz w tym sens?
Bo ja nie za bardzo. Na razie nie czułam potrzeby angażowania się w jakikolwiek związek.
- Tak. Z każdym dnie coraz bardziej się poznajemy. Z każdym dniem bardziej się w tobie zakochuje. I z każdym dniem widzę, że twoje nastawienie do mnie się zmienia.
- Nie rozumiem.
Co chciał mi przez to powiedziec? Przecież ja... ciągle byłam taka sama. Co on widział we mnie czego ja nie byłam w stanie dojrzec.
- To zrozum. - odparł z uśmiechem.
Złączył nasze usta w namiętnym pocałunku, a ja nie byłam w stanie się mu oprzec...
*Niall*
Ta... Miłośc wszędzie, nawet na zakręcie. Bo się wykoleiła. Patrząc na to co mnie otacza zastanawiam się czy kiedykolwiek ją znajdę i czy chcę ją znaleźc. To wszystko wydaje mi się nieco dziwne. Na święta jadę do rodziny. Wszyscy chyba tak robimy. Ale później Jami jedzie do Lou, a później Louis jedzie do niej do Polski. Tak samo Liam... Harry i Rose raczej też. Zayn na pewno pogodzi się z Liz. A ja? Jestem sam... Raczej nikt mnie nie zaprosi... Odezwał się mój telefon.
- Halo? - odebrałem zrezygnowany.
- Hej Nialler, tu Liz. - przywitała się wesoło dziewczyna.
Zaskoczyła mnie swoim telefonem, ale jednocześnie rozweseliła.
- Hej, Liz. Co u ciebie? - odparłem wesoło.
- Nic ciekawego. Masz jakieś plany na drugi dzień świąt? Pomyślałam, że może do mnie przyjedziesz. Pokażę ci nieco moje miasto.
Naprawdę? Chciała, żebym przyjechał?
- W sumie... Czemu nie. Brzmi fajnie. To kiedy mam się zjawic?
- Tak! - odparła wesoło - Wiedziałam, że się zgodzisz. Kiedy chcesz. Ale 26 masz byc w moim domu.
- Aj, aj kapitanie.
Zaśmiała się.
- Do zobaczenia.
- Hej Liz.
Zależy komuś na mnie. Ostatnio wszyscy się od siebie odsunęliśmy. Myślę, że święta to czas żeby to naprawic. Tak, Nialler! Ty i te twoje świetne pomysły...
_______________________________________
No to teraz się tłumaczę tak... Eh...
Odpowiedzi na pytania pozostawione pod ostatnim postem pojawiac się będą stopniowo. Ale jak myślicie; co knuje Niall? To będzie coś specjalnego. A i specjalnie na prośbę Ann. Już nie długo blondyn nie będzie samotny, ale więcej nie powiem ;)
A i piszę z kompa na którym nie mogę pisac <- ć
nie chcę mi się tego poproawiac ale mam nadzieje, że się rozczytacie ;) do następnego
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz